Katastrofa klimatyczna i upadek Europy Wschodniej. Przewodnik.

Katastrofa klimatyczna nie jest wcale tak daleko od Polski. Tak naprawdę doświadczyłyśmy jej pierwszych objawów już kilkakrotnie, a nie pociągnęło to za sobą ostatecznych konsekwencji tylko dlatego, że wszystko trwało po kilka dni. Ale już niedługo nasze szczęście się wyczerpie. Wizja upadku Polski jest w gruncie rzeczy dość prosta. Od wysokich temperatur kończy się prąd, przegrzane organizmy zaczynają umierać. Najpierw seniorzy i dzieci i nie da się powstrzymać ich śmierci. W połączeniu z wielkim bezrobociem (brak energii zatrzymał gospodarkę), oznacza to masowe niepokoje. W ekstremalnej opcji oznacza to scenariusz syryjski, Ukraina i Rosja blisko.

Nie jest to do końca polityczna fikcja, bo jeśli macie więcej niż 15 lat, doświadczyliście już wszystkich elementów tej układanki na własnej skórze.

Latem 2015 roku w Polsce temperatura Wisły wzrosła na tyle, że konieczne było wprowadzenie 20 stopnia zasilania, który oznacza duże ograniczenia w dostawie energii dla odbiorców przemysłowych. Rozważano wprowadzenie kolejnych pięciu stopni, które oznaczają rotacyjne odcinanie odbiorców od dostaw energii. W Polsce zabrakło wody do chłodzenia elektrowni. Import nie stanowi rozwiązania, bo w trakcie upałów drastycznie spadają możliwości przesyłowe linii bardzo wysokiego napięcia, a skomplikowana sytuacja energetyczna na pograniczu polsko-niemieckim sprawia, że destabilizacja może doprowadzić do blackoutu podobnego do wydarzeń z listopada 2006 roku, kiedy awaria dotknęła odbiorców od Hiszpanii po Polskę.

Sytuacja z 10 sierpnia 2015 była ewenementem, ale dodatkowe ocieplenie klimatu może oznaczać, że stanie się standardem. Za kilkanaście lat 20 stopień zasilania może stać się normą obowiązującą przez całe wakacje – oznacza to, że na jeden kwartał w roku gospodarka będzie musiała być najzwyczajniej na świecie zatrzymana. Szansa, że uda się do tego czasu przebudować sieć energetyczną jest praktycznie zerowa. Sieć to największa budowla w historii ludzkości, od stu lat wszystko, co budujemy, tworzone jest tak, żeby dopasować się do jej logiki. Źródła odnawialne z pewnością pomogą, ale w Polsce na pewno nie na tyle, żeby być w stanie oprzeć się problemom.

Przegrzewamy się.

Problemem jest nie tylko zatrzymanie pracy przedsiębiorstw. Od gorąca po prostu się umiera. Fala upałów, która przetoczyła się przez Europę w 2003 roku pociągnęła za sobą 70 tysięcy zgonów. Wilgotne powietrze o temperaturze wyższej niż 34 stopnie Celsjusza uniemożliwia chłodzenie organizmu niezależnie od tego, jakie działania podejmiemy. Ale nawet, jeśli powietrze jest suche, upały zabijają. W połączeniu z brakiem prądu na utrzymanie działających klimatyzatorów, oznacza to groźbę masowej śmierci w miastach.

To problem, którego po prostu nie przeskoczymy technologią. Pewnie, świat był już kiedyś cieplejszy niż obecnie. 50 milionów lat temu Ziemia była ponad 8 stopni cieplejsza, nie było lodowców, przy biegunach rosły palmy. Ale nie było również dużych ssaków, duże gatunki wyginęły, masa zwierząt, które były w stanie przetrwać spadła o 60% w stosunku do przodków i żyła w dużej mierze w nocy. Wygląda na to, że istnieje uniwersalna górna granica możliwości przeżycia dla naszej gromady. Raczej nie przekroczymy jej w Europie, ale za kilka dekad na Ziemi będą całe regiony, w których żyć będą mogły tylko ptaki, gady i gryzonie – zupełnie jak w trakcie maksimum termicznego w Eocenie. Teraz żyją tam setki milionów ludzi. Gdzie się podzieją?

Odbija nam od temperatury

W 1977 roku w Nowym Jorku doszło do zamieszek na skutek jednodniowego blackoutu. Utrata zasilania doprowadziła do masowej grabieży i ponad tysiąca podpaleń i pożarów. Winę za zamieszki zrzucano na pogarszającą się sytuację ekonomiczną i falę upałów, która nawiedziła region. Rok temu londyńska policja anulowała urlopy funkcjonariuszom wobec groźby rozprzestrzenienia się dwudniowych zamieszek, które wybuchły w trakcie upałów. W Indiach dochodzi do regularnych buntów ludności, która traci dostęp do prądu na skutek wysokich temperatur.

Skoro kilka gorących dni potrafi zastopować gospodarkę całego kraju lub wywołać zamieszki nawet w najbardziej dostatnich miastach globu, jakie będą konsekwencje stałych, trwających tygodniami albo miesiącami upałów?  A powyższe przykłady nie biorą pod uwagę szerokiego spektrum kłopotów – podniesienia poziomu wody w oceanach, zasolenia delt rzek, które stanowią główne źródło żywności dla miliardów mieszkańców Ziemi, erozji gleby, głodu, który zmusi do migracji dziesiątki milionów ludzi.

Jednym z głównych powodów wojny w Syrii było kilka lat suszy, a ucieczka Syryjczyków od wojny zdestabilizowała pół świata. W Polsce wystarczyło kilkanaście lat transformacji ustrojowej, żeby z kraju uciekły dwa miliony ludzi. Jak będzie wyglądał świat, jeśli nasz region dotknie chociaż ułamek problemów, które zrealizowały się w innych regionach świata?

Przy okazji – w ogóle nie jesteśmy przygotowani na to, co nadejdzie. Zmiany klimatyczne mają powodować niszczące tsunami, doprowadzić do pustynnienia globu, spektakularnie zalać miasta, zabić pandy i sprawić, że w Norwegii będzie można hodować pomarańcze. Wszystko odległe i przerażające. Ale rzeczywistość przywali nam w łeb znacznie szybciej. Utrata pracy po dwumiesięcznym przestoju firmy przez brak prądu, kilka śmierci od przegrzania w rodzinie, trzeci sezon suszy i gorąc, od którego nie można uciec. Puf!

Dosłownie umieramy wraz ze ścinanymi drzewami.

 

Wiele wskazuje na to, że obecność drzew ma bezpośrednie przełożenie na śmiertelność ludzi. W 2013 przeprowadzono badanie w 15 stanach USA, które zostały dotknięte masowym wymieraniem drzew na skutek działań szkodników. W krótkim czasie umarło sto milionów drzew (ok. 3% stanu na badanym obszarze), na skutek czego zwiększyła się liczba śmierci od chorób układu oddechowego i krwionośnego. W sumie okrągłe 21 193 dodatkowych śmierci, które nie nastąpiłyby, gdyby drzewa mogły rosnąć dalej. To efekty badania Geoffa Donovana z amerykańskiej służby leśnej.

Skąd ten efekt? Drzewa są dobre, a brak drzew zły. Dają cień, pochłaniają ciepło i zanieczyszczenia z powietrza, powstrzymują erozję gleby i zwiększają jej chłonność w trakcie deszczu, oddalając od nas groźbę powodzi. Są zielone i uspokajają, zmniejszają stres, poprawiają humor.

Meta-analiza badań z 2015 roku potwierdza trendy opisane przez Donovana, dodając do nich inne pozytywne czynniki, jak wyższa waga urodzeniowa dzieci czy obniżone zapotrzebowanie na antydepresanty.

Wszystko wskazuje na to, że paradoksalnie, mimo wielu zachęcających – jeśli ma się ze sobą pasek lub sznurowane buty – gałęzi, drzewa zniechęcają do umierania.

Więcej o kosztach wycinania i wymierania drzew w bardzo dobrym artykule Wired.

 

 

/pol/Lewica nie powinna mieć propozycji dla przedsiębiorców

Nie jest zadaniem lewicy, żeby mieć cokolwiek do zaoferowania przedsiębiorcom. Przedsiębiorczość jest wartością, która nie pasuje do lewicowych programów politycznych, jest niekompatybilna z ich etyczną podstawą bytu. To postawa indywidualistyczna i konkurencyjna, która zakłada, że zwycięzca bierze wszystko. To idea mocno zakorzeniona w społeczeństwie, ale obca kolektywnym i solidarnym ideałom.

A chociaż programy wyborcze mają doraźny charakter i muszą podlegać PRowym wpływom, w długim terminie konieczne jest posiadanie jasno zdefiniowanego systemu etycznego, żeby własna wizja polityczna przetrwała i pozwoliła zdobyć władzę. I program musi wynikać właśnie z tego systemu etycznego i jasno określonych wartości.

Bez głębokiego zakorzenienia w socjalistycznych ideałach, nawet w krótkim terminie lewica będzie po prostu niewiarygodna. Mówiąc o zrozumieniu i chęci pomocy przedsiębiorcom raczej nie znajdzie u nich posłuchu – mają oni znacznie lepszych reprezentantów, a antypaństwowy etos przedsiębiorczości i biznesu zupełnie nie pasuje do programu politycznego lewicowych partii.

Jest to przegrana w przedbiegach. Po co w ogóle startować na cudzych warunkach? To nie przejaw racjonalizmu i zrozumienia realpolitik – to brak wizji rozwoju lewicy. Lewica nigdy nie zbuduje swojej pozycji dzięki poparciu biznesu, więc nie ma sensu, żeby pochylała się nad przedsiębiorcami.

Jaką wartość ma działalność gospodarcza?

W tym miejscu, dla osób, które postanowiły doczytać jeden akapit, zanim rzuciły się do komentarzy, należy wyjaśnić, dlaczego mówiąc o porzuceniu interesów przedsiębiorców, nie mam na myśli porzucenia interesów ludzi, którzy obecnie zarabiają na życie, prowadząc działalność gospodarczą.

Post dotyczy systemów organizacji pracy, podziału i kontroli kapitału. Przedsiębiorca w Polsce może być osobą fizyczną, ma kochającą rodzinę i dzieci do wyżywienia, posiada wrodzone prawa opisane w Deklaracji Praw Człowieka, ale mowa o perspektywie systemu gospodarczego. A z tej perspektywy przedsiębiorca to byt, który działa samodzielnie na rynku i wobec społeczeństwa, żeby maksymalizować swój zysk.

Cechuje się indywidualną odpowiedzialnością wobec świata i rynku – sam musi radzić sobie wobec sił znacznie większych od niego, na które nie ma wpływu, ale z kolei zgarnia wszystkie zyski, jeśli będzie miał szczęście i uda się je osiągnąć. Może korzystać również z pracy innych ludzi, żeby czerpać z niej korzyści. To system przenoszący całe ryzyko na jednostkę i odbierający społeczeństwu wpływ na środki produkcji. Przedsiębiorczość w swojej istocie jest indywidualna, konkurencyjna i niedemokratyczna. I stoi w bezpośredniej opozycji do ideałów solidarności i równości.

Oczywiście, system podatkowy, wsparcie dla pracowników i cały szereg funkcji państwa opiekuńczego – o ile istnieją – tępią krańcowe tendencje przedsiębiorczości. Ale to działanie po fakcie, kiedy już pojawią się zyski, kiedy pojawi się wyzysk pracowników, kiedy upadną już inni, którzy również chcieli sprobować przedsiębiorczości, ale im się nie powiodło. Systemy zabezpieczenia istnieją, żeby minimalizować negatywne skutki po tym, kiedy te już wystąpią.

Działalność gospodarcza rozbiła gospodarkę.

W polskim modelu gospodarczym, przedsiębiorczość sprowadziła się do rozproszenia kapitału, radykalnego ograniczenia innowacji i rozmontowania skonsolidowanego (jakkolwiek nieefektywnie) systemu przemysłowego, w którym pracownice mogły jednoczyć się, żeby walczyć o swoje interesy. System regulowanego i chronionego rynku pracy zmienił się w system samowolki, rozbitej solidarności pracowniczej i zupełnego pomieszania interesów klasowych. Z punktu widzenia rynku pracy, przedsiębiorczość była motorem ograniczania praw pracowniczych.

Na drugim biegunie mamy z kolei gromadzenie kapitału poza jakąkolwiek kontrolą społeczną w rękach oligarchicznych rodów i globalnych graczy, którzy swoje bogactwo budowali jadąc na barana na ramionach służb specjalnych i aparatu partyjnego PZPR. Dalsze umacnianie ich pozycji jest łatwe wobec braku oporu ze strony rozproszonych pracowników, którzy ze względu na prowadzenie działalności gospodarczej utożsamiają swój interes z interesem wielkiego kapitału.

Nic dla przedsiębiorców, wszystko dla ludzi skazanych na przedsiębiorczość.

Żeby zrozumieć postulowany radykalny opór przeciwko promowaniu przedsiębiorczości, trzeba spojrzeć na to, jak zaprojektowano obecny system gospodarczy, żeby premiował złe formy organizacji pracy. Dzięki możliwości preferencyjnego rozliczania kosztów, niskiej stawce podatku dochodowego, braku progresji składek na ZUS oraz różnych form bezpośredniego i pośredniego wsparcia ze strony państwa (np. jednorazowe środki na założenie działalności, uproszczona księgowość, zakładanie działalności w jeden dzień), ludzie kierując się swoim dobrze rozumianym indywidualnym interesem przenoszą swoją pracę do działalności gospodarczych. Wspomaga to promowany już od czasu edukacji podstawowej etos indywidualnej pracy, w opozycji do wspólnych działań, społeczeństwa i innych pracujących.

Godzi to w interes kolektywny – zmniejsza siłę przebicia pracowników jako ogółu, daje dodatkowe możliwości nacisku tym, którzy w drabinie przedsiębiorczości są wyżej. To z kolei sprawia, że przedsiębiorczy raj nie nadchodzi praktycznie dla nikogo, za to wszyscy pracownicy tracą. Formalną równość przedsiębiorców wobec prawa podkreśla się eufemizmami jak B2B, które miałyby sugerować, że kurier zmuszony do zakupu własnej ciężarówki jest takim samym biznesem, jak zatrudniająca go globalna firma spedycyjna. Ta fikcja równości jest w praktyce dyktaturą kapitału, która umacnia się z każdym utraconym stabilnym miejscem pracy.

A to w kolektywnym interesie jest klucz do znalezienia odpowiedzi, jak uratować ludzi, którzy zostali zmuszeni do ciułania na niby-swoim. Wsparcie nie może mieć charakteru indywidualnego, jak ma to miejsce obecnie. Konieczne jest zerwanie z ideą, że wsparcie dla pojedynczego przedsiębiorcy, który ledwo dożywa od pierwszego do pierwszego może być skuteczne w istniejącym modelu organizacji pracy. Jeśli głównym problemem jest samotność wobec brutalności rynku, to ratunkiem nie jest rzucenie każdej potrzebującej osobie po zapałce, żeby próbowała przetrwać zimną noc. Jest nim zbudowanie dla wszystkich dachu nad głową.

W dużym skrócie – obniżenie ZUSu o dwieście złotych nic nie zmieni.

Nieudana pomoc potrzebującym.

Jeśli wsparcie będzie opierało się o liberalną ideę wzmacniania indywidualnej pozycji wobec wolnego rynku, może przynieść odwrotne skutki do zamierzonych. Jaskrawym przykładem są kartki na żywność w USA. Przysługują one tym ludziom, którzy mimo pracy nie są w stanie wyżywić swoich rodzin. Idea słuszna, nikt nie powinien być głodny, ale konstrukcja systemu wsparcia sprawiła, że wielki kapitał może zatrudniać ludzi poniżej stawki głodowej. System pomocy ma indywidualny, rynkowy charakter, w ogóle nie dbając o kolektywny interes. Nie zwiększył siły pracownika wobec kapitału, tylko uczynił zatrudnianie na najgorszych warunkach bardziej opłacalnym – na pewno dla biznesu, a czasami dla samych pracowników (minimalna pensja plus kartki mogą dawać w sumie więcej niż podwyższenie dochodu).

Podobne zarzuty są wysuwane wobec niektórych koncepcji bezwarunkowego dochodu gwarantowanego – przy źle skonstruowanym systemie podatkowym, może skończyć się zmniejszeniem presji na kapitał, żeby płacił swoim pracownikom godnie i w konsekwencji zwiększyć skalę wyzysku.

Wobec tych zagrożeń, skonstruowanie systemu, który nie zwiększa atrakcyjności samozatrudnienia i dalszego rozdrabniania interesu pracowników jest wielkim wyzwaniem. Nie jest to nic zaskakującego – system w swojej istocie jest antylewicowy, więc odpowiedni program musi zakładać znalezienie wszystkich nieszczelności, ostrych rogów i próbę obudowania ich odpowiednią polityką. Nie wydaje się to być możliwe.

Ale poprawne zidentyfikowanie źródła problemów pozwoli podejść do problemu z perspektywy, która jest od samego początku spójna z lewicową myślą gospodarczą i społeczną. A źródłem jest zerwanie solidarności pracowniczej i wystawienie ludzi samych na walkę z rynkiem, ustalając ich interes tak, że muszą przede wszystkim konkurować za wszelką cenę z innymi pracownikami będącymi w identycznej pozycji i tymi, którzy jeszcze funkcjonują na regulowanym rynku pracy.

Lewicowa odpowiedź jest prosta, jeśli wychodzi z własnych wartości, a nie z bieda-realpolitik.

Jaka w takim razie powinna być odpowiedź lewicy? Lewicowy model organizacji pracy powinien opierać się z jednej strony na konsolidacji kapitału, a z drugiej – na demokratyzacji odpowiedzialności za niego. W skrócie – podstawą organizacji pracy powinny być spółdzielnie, w których pracownicy na równych warunkach odpowiadają za swoje miejsca pracy i siebie nawzajem, a nie zależą od dobrej lub złej woli tych, którzy zagarnęli kapitał do własnych kieszeni.

Zmiana nie wymaga do tego rekonstrukcji całego systemu gospodarczego i podatkowego. Wystarczy, że pójdzie tymi samymi torami, którymi promowano indywidualizację ryzyka. Żeby promować samozatrudnienie, sprawiono, że po prostu realizowało krótkoterminowy interes wszystkich stron – pracownik miał dwieście złotych w kieszeni więcej, zatrudniający niższe koszty i zero zobowiązań. Konsekwencje takiego rodzaju organizacji pracy spadły w całości na pracowników, ale były oddalone w czasie. Wszystko pod parasolem ułatwień i subsydiów ze strony państwa.

Możemy najzwyczajniej na świecie przepisać te rozwiązania, przenosząc środki i wysiłek wsparcia z przedsiębiorców na spółdzielnie. Ułatwić ich zakładanie, zaoferować im podobne wsparcie bezpośrednie i pośrednie. Korzyści odczują nie tylko sami pracownicy, którzy z modelu indywidualnego przyjmowania ryzyka znajdą się w systemie, którego korzeniami jest solidarność w ramach zakładu pracy, ale cała gospodarka, która otrzyma potężne narzędzie wspierania wzrostu produktywności i rozwoju.

W jaki sposób pomoże to we wzroście? Odpowiedzcie sobie na kilka pytań opartych o istniejące mechanizmy wsparcia.

Co pozwoli budować bardziej konkurencyjną gospodarkę – obniżenie ZUSu o dwieście złotych dla stu samozatrudnionych, czy wsparcie w wysokości dwustu czterdziesty tysięcy rocznie dla założonej przez nich spółdzielni?

Co pozwoli zbudować trwalszy byt gospodarczy? Jednorazowe wsparcie w wysokości 25 tysięcy dla dziecięciu indywidualnych bezrobotnych czy ćwierć miliona wsparcia dla spółdzielni, którą założy dziesięć osób?

Co jest efektywniejszą formą organizacji pracy – dziesięć kurierek, z których każda zajmuje się całością działalności swojego samozatrudnienia czy spółdzielnia, w której występuje podział pracy i specjalizacja?

Koncentracja kapitału w spółdzielni tworzy warunki do zwiększania produktywności, wprowadzania nowych rozwiązań organizacyjnych i technologicznych, kupowania maszyn, szkoleń personelu, certyfikacji usług i produktów. Zwiększa odporność na wstrząsy rynkowe, podwyższa standardy pracy, pozwala zmniejszyć indywidualne ryzyko, co z kolei przekłada się po prostu na lepszą pracę. Stolarz pracujący w garażu, który żyje dzięki fuchom, zmienia się w członka spółdzielni, która może zaoferować wyższej jakości usługi przy równoczesnym podniesieniu jakości warunków pracy. Dostępny staje się prawdziwy park maszynowy. Jeśli państwo będzie promowało konsolidację, opłacalna staje się współpraca, a nie konkurencja małych podmiotów wobec wielkiego kapitału.

Istnieje przy tym ogromna infrastruktura, która idealnie nadaje się do wspierania spółdzielczości – parki technologiczne, PARP, specjalne strefy ekonomiczne – wszystkie mogą zostać z łatwością przekształcone w narzędzia wsparcia spółdzielców wyłącznie dzięki zmianie prawa.

No i ostatni argument. Spółdzielnie, chociaż w swojej istocie są bytami będącymi podstawą socjalizmu, mogą funkcjonować doskonale w systemie kapitalistycznym.

Różnice kulturowe to koronny argument liberałów. Dejcie se z nim spokój.

Co do argumentu, że Polacy tak bardzo kochają przedsiębiorczość, że nigdy nie zgodzą się na odejście od niej, można spróbować z kolejnymi pytaniami.

Czy hydraulik za wszelką cenę będzie chciał założyć działalność gospodarczą, żeby wykonywać fuchy, czy po prostu wybierze tę opcję, która się opłaca?

Czy Polacy, którzy wyjeżdżają do państw o innym modelu gospodarczym i organizacji pracy podejmują tam działalność gospodarczą, jeśli opłaca się mniej niż inne formy zatrudnienia?

Czy ochroniarz zmuszony do samozatrudnienia tak bardzo zaraził się bakcylem przedsiębiorczości, że nie będzie zainteresowany powrotem na umowę o pracę?

Bo podszywanie się pod Kukiza i tak się nie uda.

Argument z realpolitik, czyli mówienie o protokole 1% czy inne formy zagłuszania wszystkich opinii, które podważają status quo jest przy całej swojej „racjonalności” argumentem z krótkowzroczności. Przedsiębiorcy różnej maści mają już swoją reprezentację polityczną, a lewica nigdy nie będzie wiarygodna w mówieniu o wsparciu dla kapitalistów – niezależnie od tego, czy mowa o wielkim kapitale czy drobnej burżuazji.

Istnieje też duże ryzyko, że działania mające ograniczyć obciążenia dla najbardziej potrzebujących osób prowadzących działalność gospodarczą, jeszcze bardziej zwiększy atrakcyjność tej formy zatrudnienia właśnie dla najbardziej potrzebujących wyrwania z epidemii samotności wobec rynku. Skala zmian, żeby ucywilizować zły system jest tytaniczna i może pogrążyć całe środowisko w jałowej i kontrproduktywnej pracy.

Ciężko pogodzić komunikaty, że większość samozatrudnionych powinna otrzymać umowę o pracę ze zwiększaniem atrakcyjności działalności gospodarczej, tworzeniem ulg, nowego systemu podatkowego. Po prostu, zawsze przegramy z Kukizem na punkty, bo jego przekaz wynika prosto z jego wartości. Nasz musi być tak zniuansowany, że sami gubimy wątek, zanim skończymy tłumaczyć, czym jest progresja.

Poza tym, jeśli mówimy, że problemem drobnych rzemieślników i usługodawców są wysokie składki i podatki, wchodzimy w narrację opozycji ludzi pracy wobec społeczeństwa, państwa i danin. Oczywiście, uzupełniamy to słusznym stwierdzeniem, że chodzi o sprawiedliwość i progresję. Ale zanim to się uda, ktoś inny kradnie puentę. „Tak, jak powiedział pan Kukiz/Petru, ale solidarniej” nie może być hasłem lewicy.

To nie realpolitik, taka politik ist kaputt.

Kiedy zakaz reklamy papierosów zwiększył ich sprzedaż

W 1970 roku Kongres USA zabronił wyświetlania reklam papierosów w telewizji, uznając, że kampanie przeciwko paleniu nie spełniają swojego zadania. W kilka lat zyski producentów fajek wzrosły o 30%. Dlaczego? Trzeba zacząć od zrozumienia, czym były reklamy papierosów i do kogo były kierowane. Znajomość gry, w której uczestniczyli producenci również wiele wyjaśnia.

 

W latach ‘60 rynek palaczy osiągnął swoją maksymalną wielkość, nie było już szansy na zachęcenie nowych osób do palenia. Jedyny cel, jaki mogły spełnić reklamy to przyciąganie osób przywiązanych do cudzych marek, żeby spróbowały własnych. Z drugiej strony, od 1964 do 1967 liczba palaczy spadała o 1.6% rocznie dzięki medialnym doniesieniom o szkodliwości palenia, a odkąd w 1968 uruchomiono finansowane ze środków publicznych kampanie społeczne (w tym m.in. świetny spot „Like father like son”), spadek przyspieszył do 2.6%. Kampanie przeciwko paleniu były tym skuteczniejsze, że były dołączane do reklam papierosów.

 

Oznaczało to, że z punktu widzenia teorii gier, firmy od fajek wpadły w dylemat więźnia. Działanie dla maksymalizacji własnej korzyści szkodziło wszystkim graczom, ale żaden z nich nie chciał ryzykować rezygnacji z reklam, bo stawiało ich to na straconej pozycji, jeśli inni gracze nie podjęliby tej samej decyzji. Reklamy pozwalały utrzymać udział w rynku, ale zmniejszały jego sumaryczną wielkość. Brak reklam ograniczał przekaz przeciwko paleniu, ale mógł skończyć się spadkiem udziałów w rynku, a i tak nie było gwarancji, że ten się nie zmniejszy na skutek akcji reklamowej innych producentów.

 

Rozpoczął się lobbing na rzecz całkowitego zakazu reklam papierosów w telewizji i radio, którym – z cienia i potajemnie – wydawały się sterować firmy produkujące papierosy, które rozpoznały swój nowy interes. Pod pozorem dbałości o zdrowie publiczne, zmieniły zasady gry. Od 1971 reklamy fajek zostały zakazane.

 
W następnych kilku latach rozpoczął się gwałtowny wzrost sprzedaży (w 1974 było to 4.4% wzrostu), do tego pojawiły się inne korzyści dla oligopolu. Spadły rekordowe wydatki na reklamę, co zwiększyło zyski. Palacze, wobec braku ekspozycji na inne marki, przywiązywali się bardziej do tych, które już palili – pozwoliło to podnieść ceny. Nowe firmy praktycznie straciły szanse na pojawienie się na rynku, bo nie miały jak informować o produktach.

 

 

Co się zmieniło? Gra. Wcześniej regulacje tworzyły warunki, w których producenci musieli skakać sobie do gardeł, żeby przetrwać. W nowej rzeczywistości, stworzono silosy, w których każdy z nich mógł spokojnie truć swoich klientów po cichu.

 
Więcej w raporcie Cato Institute How Smoking Increased When TV Advertising of Cigarettes Was Banned

Przeciwko państwu opiekuńczemu, przeciwko kapitalizmowi

Nie ma możliwości, żeby mówić o solidarności i godności, dopóki dopuszcza się jako etyczne jakikolwiek wariant systemu, który pozwala na wyzysk, na czerpanie zysku z ciał innych ludzi, sprzedawanych na godziny, żeby przeżyć. Dopóki akceptuje się kapitalizm, dopóty uznaje się za etyczny fakt, że na końcu łańcucha znajdą się ludzie, których całe życie zostało podporządkowane zyskowi kogoś innego, których życie zależy od arbitralnych, biznesowych decyzji.

Z punktu widzenia lewicowych wartości wolności, równości i siostrzeństwa, nie ma żadnego uzasadnienia dla pozytywnej etycznej oceny kapitalizmu, jeśli nie planuje się przymykać oka na zło, które dotyka słabszych. Kapitalizm z samej swojej natury nie może być etyczny, bo podstawą jego istnienia jest zgoda na to, żeby życie słabszych było w pełni podporządkowane chęci zysku niewielkiej grupy silnych. Przyzwolenie na to, żeby środowisko, którego wszyscy jesteśmy równą częścią, było eksploatowane – obecnie widzimy, że do granic wytrzymałości – w zgodzie z interesami ludzi, którzy nie mają żadnego interesu w utrzymaniu go w dobrym stanie dla przyszłych pokoleń, nie jest kompatybilne z ideą równości.

Progresywne podatki w USA płaciły za polityczne morderstwa aktywistów

Argumentem przeciwko radykalnemu odrzuceniu kapitalistycznych środków produkcji jako nieetycznych, jest przedstawienie robotniczej sielanki lat ‘50 i ‘60 w Zachodniej Europie i Ameryce Północnej. Niskie rozwarstwienie społeczne, progresywne podatki i możliwość utrzymania rodziny z jednego etatu mają być dowodem, że kapitalizm może być etyczny.

Opis ten pomija element, który jest kluczowy dla zrozumienia tego, czym jest kapitalizm – to system, który zawsze służy silnym, żeby zapewnić im maksymalne korzyści kosztem wszystkich, którzy nie mają siły, żeby się bronić. Po wojnie, przez dwie dekady polityczna siła była po stronie białych mężczyzn z globalnej Północy, więc kapitalizm był dla nich słodki. Ale w tym samym czasie w Stanach Zjednoczonych prowadzona była brutalna, rasistowska i szowinistyczna polityka. Afroamerykanie domagający się podstawowych praw człowieka, w tym rzeczy tak trywialnie oczywistych jak prawa do korzystania z tych samych toalet, co biali ludzie, byli brutalnie pacyfikowani, a FBI we współpracy z policją dokonywały bestialskich egzekucji, najeżdżając w majestacie prawa mieszkania aktywistów, żeby zamordować ich we śnie, we własnych łóżkach.

Francja i Wielka Brytania prowadziły brutalne kolonialne wojny zmieniając Afrykę Północną i Azję w krwawe pola, gdzie przesiedlano lub zamykano w obozach koncentracyjnych miliony ludzi, których uznawano za niewygodnych.

Nic nie broni nawet socjaldemokratycznej Szwecji, która była kluczowym dostawcą broni dla indonezyjskiej armii, która w 1968 roku rozpoczęła pogrom komunistów i wszystkich osób, które zostały określone jako lewicujące. W rok zamordowano pół miliona ludzi, chociaż szacunki sięgają trzech milionów.

Zarzuty wobec etycznego kapitalizmu są jeszcze większe, jeśli spojrzy się na jego koszty dla planety. Europejskie państwa dobrobytu budowały swoje bogactwo bezwzględnie niszcząc środowisko naturalne, podkopując szanse całej ludzkości na dalszy rozwój. Wczesne państwo dobrobytu usiane jest zatrutymi rzekami, wyciętymi lasami i smogiem, a kiedy negatywne efekty dla zdrowia i jakości życia stały się oczywiste – nie zrezygnowano ze zwiększania konsumpcji i zysków, a eksportowano zniszczenia do biedniejszych regionów świata. Japonia może sadzić na nowo lasy i korzystać z drewna, dopóki będzie korzystała z rabunkowych wycinek na Borneo, których negatywny efekt odbija się na setkach milionów ludzi żyjących w basenie Pacyfiku.

Biorąc pod uwagę, jakie były konsekwencje istnienia kapitalizmu, nawet najlepszy jego okres, do którego z tęsknotą nawiązuje współczesna socjaldemokracja warto nazwać po imieniu – było to 25 lat, w trakcie których cała planeta pracowała na dobrobyt kilkuset milionów białych mieszkańców globalnej północy.

Jeśli każde ustępstwo trzeba wyrywać systemowi z gardła, w końcu przychodzi zmęczenie. I porażka.

Krótki okres trwania tej radości dla wybranych pokazuje jeszcze jedno – jeśli zgadzamy się, że etycznie słuszny jest system, w którym stosunki społeczne i własności opierają się o chęć zysku i egoizm, nie istnieją żadne gwarancje, że nawet ta wąska grupa utrzyma swój poziom życia. W wystarczy drobna zmiana systemu podatkowego, żeby odebrać ludziom podstawowe warunki bytowe, co otwiera zaklęty krąg spadku ich politycznej siły. Jeśli nasz dobrobyt może trwać tylko tak długo, jak komuś się opłaca, nie ma żadnych gwarancji, że jutro będzie wciąż istniał.

To dobry moment, żeby podkreślić, o czym jest cały wywód, zanim zbierająca się para nie rozsadzi lewicowych miłośników kapitalizmu – o etycznej ocenie systemu. O uzasadnieniu zdania, które mówi, że system kapitalistyczny nie jest dobry. Powyższe akapity mają na celu przypomnienie, że etyczny kapitalizm nigdy nie istniał, a prezentowanie jego “egalitarnych” elementów jako listka figowego oznacza świadome i szowinistyczne ukrycie cierpienia większości świata, który nie tylko nie mógł korzystać z postępu, ale był celowo trzymany pod butem, żeby utrzymać dobrobyt dla niewielu.

Niewiele znaczą też statystyki, które pokazują, że jeszcze nigdy na świecie tylu ludzi nie żyło na takim poziomie, jak obecnie. W końcu istniejące dysproporcje zostały stworzone i utrwalone właśnie przez wykluwający się światowy system kapitalistyczny i imperialny. Jaskrawym przykładem jest historia Afryki. Cały kontynent został zniewolony i przeorany przez imperialną politykę mocarstw europejskich i – poza enklawami – doprowadzony do gospodarczego i politycznego upadku. Obecnie średni poziom życia rośnie, ale co roku Afryka jest drenowana przez obce siły, niszcząc środowisko i rujnując szansę na odzyskanie godnych warunków życia w dobie nieodwracalnych zmian klimatycznych.

Wobec obiektywnych barier rozwoju (Ziemia nie pozwoli 10 miliardom ludzi żyć nawet na poziomie Czechów), prezentowanie na obronę kapitalizmu tabelek, że wszystko idzie w dobrym kierunku wygląda trochę jak obrona niewolnictwa na podstawie informacji o polepszeniu warunków mieszkaniowych żywego inwentarza. Trzeba również pamiętać, że ten wzrost ma miejsce tylko dlatego, że komuś się to opłaca. Kiedy przestanie – po prostu wróci głód, co bardzo obrazowo pokazują konsekwencje kryzysu z 2008 roku, kiedy na skutek spekulacji, w rok o sto milionów zwiększyła się liczba niedożywionych ludzi mimo braku zauważalnych różnic w produkcji żywności.

Osobną kwestią jest to, co dane tabelki w ogóle pokazują. Jak ocenić jakość życia człowieka, którego społeczność została rozbita przez wywłaszczenie ziemi, represje polityczne i przymus ekonomiczny, a system wartości został wywrócony do góry nogami po przesiedleniu do nowego przemysłowego miasta. Czy zwiększenie o 20% dochodu bengalskiego pracownika rolnego międzynarodowej firmy spekulującej surowcami zbierającego bawełnę na odebranej przemocą ziemi jest faktycznym postępem i rozwojem? Czy jest z czego się cieszyć, kiedy nie istnieje żadna perspektywa zmiany jego roli w międzynarodowym systemie podziału pracy? Czy zmniejszenie głodu i cierpienia wywołanych przez ustalenie miejsca całych ras i narodów w strukturze środków produkcji świata jest powodem do zachwytu nad systemem, który jest źródłem tych cierpień?

Po co walczyć, skoro wszystko jest w gruncie rzeczy na swoim miejscu?

Rozpatrywanie zgody na istnienie kapitalistycznych środków produkcji na poziomie wartości i etyki jest nieskończenie ważnym zadaniem dla lewicy. Bez wyraźnych ocen istniejącego ładu, lewica nie różni się wiele od merytokratycznej liberalnej elity, nie potrafi zaproponować nic ponad “to samo, co wcześniej, ale trochę lepiej”.

Jest to ważne właśnie w kontekście właściwej dla kapitalizmu tendencji do przywrócenia władzy najsilniejszym i najbogatszym. Polityka, do której tęskni socjaldemokracja jest ewenementem w historii kapitalizmu i wynika z wyjątkowej sytuacji geopolitycznej na świecie – panicznego strachu przed nominalnie komunistycznym ZSRR, w którym militarystyczna, przemysłowa polityka była prowadzona dzięki ludobójstwu milionów w głodzie, czystkach i gułagach. Kiedy tylko zewnętrzne zagrożenie zniknęło, władza błyskawicznie wróciła w ręce elitarnych, biznesowych rodów i koncentruje się coraz bardziej.

Odrzucenie kapitalizmu może być ciężkie, bo traktujemy go jako domyślny system regulujący stosunki społeczne i gospodarcze. Ale nie ma w nim nic naturalnego – współczesny kapitalizm rodził się przez kilkaset lat wobec wielkiego oporu społeczeństw, w brutalnej walce, która wielokrotnie mogła zostać przegrana. Ilość zaburzeń psychicznych mieszkańców kapitalistycznych krajów pokazuje też, że system nie jest naturalny nawet dla naszych ciał, przystosowanych do wspólnego, komunalnego życia w dbających o siebie społecznościach.

Sukces kapitalizmu jest efektem wysiedleń obejmujących całe narody, grodzeń, które wypchnęły miliony ludzi w biedę i choroby, jest efektem wojen handlowych i kolonialnych, które tliły się i płonęły przez dekady. W Ameryce Północnej kapitalizm mógł pojawić się dopiero po dokonaniu ludobójstwa, w wyniku którego zamordowano 90% pierwotnych mieszkańców przy pomocy broni biologicznej, a następnie po sprowadzeniu milionów niewolników na ich miejsce. Wymagał stworzenia w Europie całej klasy miejskiej biedoty, dla której jedynym ratunkiem była niebezpieczna podróż przez ocean, a następnie stłumienie dążeń tej biedoty, kiedy chciała wykazać się niezależnością od rynku w trakcie kolonizacji zachodu.

Kapitalizm wydaje się być domyślnym systemem normującym stosunki społeczne i gospodarcze, ponieważ przez kilkaset lat zakorzenił się na świecie i objął swoimi mackami każdy aspekt życia, sprowadzając stosunki między ludźmi do wymiany towarowej, a ludzkie potrzeby – do źródeł zysku. Zmiana będzie trudna, nie oznacza to jednak, że nie należy otwarcie nazwać stosunku do kapitalistycznych środków produkcji. Tak samo, jak obalenie feudalizmu wymagało próby wyobrażenia sobie niewyobrażalnego, tak podobny wysiłek musi postawić przed sobą lewica, myśląc o nowym świecie, w którym podstawą istnienia jest coś innego niż indywidualny egoizm, który pomnożony przez wszystkich ludzi na świecie da postęp. Nie oznacza to, że należy startować z nową, gotową propozycją. Na dobry początek wystarczy umiejętność nazwania zła złem i powiedzenia, że jeśli ludzkość i Ziemia w kształcie, w którym ją znamy mają przetrwać, muszą zniszczyć kapitalizm.

Tłumaczenie, że kapitalizm jednak może być dobry i etyczny jest chyba jeszcze bardziej utopijne niż jego odrzucenie. Kapitalizm miał pół tysiąclecia, żeby pokazać, że nie jest w samej swojej konstrukcji zły – ale nie udało się. Nawet jego najlepsze okresy zbudowane były na barkach niewolników, ofiar ludobójstw, kolonializmu. Z kolei środki, które miały służyć poprawie bytu zawsze były nienaturalne dla systemu, musiały być wywalczone niesamowitym wysiłkiem i nigdy nie były stabilne.

Jeśli równość i wolność mają być podstawą stosunków społecznych, jeśli ludzka godność ma być faktycznym, ostatecznym celem, a nie tylko środkiem (jednym z wielu) do realizacji zysku, konieczne jest stworzenie systemu stosunków społecznych, dla których te wartości są centralne, a nie incydentalne, możliwe do wyboru obok dziesiątek innych. Pierwszym krokiem do tego jest nazwanie kapitalizmu po imieniu – złym.

Zmiana klasyfikacji doda 100 planet do Układu Słonecznego, w imię logiki i przejrzystości

Wytyczne International Astronomical Union dotyczące tego, co jest, a co nie jest planetą w kontrowersyjny sposób zabiły Plutona jako planetę. Kluczowe było określenie, czy obiektowi udało się “oczyścić” swoją orbitę. Warunek jest o tyle kontrowersyjny, że oprócz arbitralnego wyboru, trzymanie się jego litery może wykluczyć wszystkie ciała w Układzie Słonecznym. A dla geofizyki bez sensu jest, że definicja IAU opiera się na zewnętrznych oddziaływaniach ciał niebieskich.

Tymczasem Ganimedes, który orbituje dookoła Jowisza oraz Tytan okrążający Saturna, są większe od Merkurego, który orbituje Słońce. Tytan ma więcej wspólnego z Ziemią niż Uran, a odkrycie nowych układów gwiezdnych stworzy jeszcze więcej zależności nie pasujących logiką do astronimicznej definicji.

Kirby Runyon ze swoim zespołem proponuje nową definicję, która definiowałaby planety w oparciu o ich indywidualną charakterystykę, a nie stosunek wobec innych ciał niebieskich. Zespół Runyona proponuje, żeby planetą było każde ciało niebieskie, któremu udało się zbić w kulę dzięki własnej grawitacji oraz które nie rozpoczęło syntezy jądrowej (czyli – nie jest gwiazdą).

Dzięki zastosowaniu tej definicji, Układ Słoneczny zwiększyłby się do ponad 100 planet.

Czy to problem do zapamiętania? Nie bardzo. Definicja pozwalałaby traktować planety podobnie, jak obecnie traktujemy gwiazdy czy galaktyki. Nikt nie pamięta nazw miliardów rozpoznanych obiektów (poza kilkoma, które mogą mieć specjalne znaczenie). Ale dzięki określeniom jak “biały karzeł”, “czerwony supergigant” jesteśmy w stanie błyskawicznie zrozumieć, czym jest każdy z obiektów. Już teraz znamy kilkadziesiąt tysięcy egzoplanet, w najbliższych latach prawdopodobnie liczba ta wzrośnie do milionów.

W tym kontekście nie ma znaczenia, czy planeta bliźniaczo podobna do Ziemi orbitowałaby dookoła gwiazdy czy innej ogromnej planety – w końcu interesuje nas przede wszystkim, jakie warunki panują na jej powierzchni.

Abstrakt „A Geophisical Planet Definition”

Zdjęcia z fabryki realistycznych lalek do seksu

Jeśli zastanawialiście się kiedyś, jak wygląda proces produkcyjny lalek do masturbacji, które kosztują 6500 dolarów za sztukę nie jestem pewien, czy powinniście się tym chwalić. Jeśli właśnie dowiedzieliście się, że takie istnieją, możecie nie być gotowi na poznanie ich historii od środka.

Robert Benson postanowił dowiedzieć się więcej o produkcji realistycznych lalek do seksu, na jego stronie możecie obejrzeć mały fotoreportaż.

via Gizmodosxdl1 sxdl2 sxdl3 sxdl5

 

Wszyscy spodziewali się hiszpańskiej inkwizycji. Zapowiadała się 30-40 dni wcześniej.

NOBODY_EXPECTS_THE_SPANISH_INQUISITION!

Wbrew mitom, większość ludzi spodziewała się hiszpańskiej inkwizycji. Inkwizycję stanowiły sądy, które powoływano na krótki okres czasu, żeby wyplenić herezję w wybranym mieście lub regionie. Trybunały składały się z duchownych oraz świeckich przedstawicieli kleru, a nacisk kładziono raczej na osoby uczone w prawie, a nie teologii.

Ale chyba jednym z najbardziej szokujących faktów jest, że wszyscy spodziewali się hiszpańskiej inkwizycji. Po zawiązaniu, które samo nie było sekretem, ogłaszano 30-40 dniowy okres łaski, w trakcie którego każdy mógł dobrowolnie zgłosić się, przyznać do grzechu i herezji i otrzymać lekkie kary lub zupełne ich odpuszczenie.

Jeśli ktoś po upływie okresu łaski nie spodziewał się hiszpańskiej inkwizycji, naprawdę dobrze się nie rozglądał.

źródło: wiki

„W trakcie spotkań rzucaj anegdotkami” – podręcznik CIA do prostego sabotażu.

sabotage

Walka z III Rzeszą to nie tylko wielkie bitwy i naloty, zorganizowany ruch oporu  i wielkie geopolityczne gry. To również heroiczne bycie nieefektywnym dupkiem przez setki tysięcy robotników, którzy pracowali jako trybiki niemieckiej gospodarki.

W 1944 roku poprzedniczka CIA, OSS, wydała podręcznik opisujący akty prostego sabotażu, które mogą być przeprowadzone przez każdego, bez specjalnego przygotowania. Wystarczyło zachęcić ludzi, żeby celowo byli ludźmi. Pośród rad amerykańskich szpiegów znajdują się prawdziwe perełki, a fakt, że niektóre z nich to np. „dodawanie anegdot do wszystkich wypowiedzi w trakcie spotkań”, „kłótnie o drobne kwestie językowe w dokumentach” lub „sprawdzanie biletów w pociągu po północy, żeby nie pozwolić podróżnym na sen” sugeruje, że obecnie ktoś prowadzi bardzo rozbudowane działania partyzanckie przeciwko nam wszystkim.

Przeczytajcie całość na stronach CIA, ale wyjąłem kilka lepszych:

Zatykanie kibli, żeby dokonać zalania toalety i okolicznych pomieszczeń.

Gaszenie lamp górniczych i długie błąkanie się w poszukiwaniu miejsca, gdzie można zapalić je z powrotem.

Wydawanie wrogim żołnierzom biletów z tą samą miejscówką, żeby uczynić podróż bardziej stresującą i powodować kłótnie.

Wypisywanie biletów ręcznie, kiedy czas odjazdu pociągu jest bliski, żeby dodatkowo spowolnić proces.

Sprawdzanie biletów po północy, żeby budzić pasażerów i ogłaszanie każdej stacji w nocnych pociągach.

Wybieranie dłuższej trasy przez taksówkarzy.

Przerywanie pracy sztabów wroga dzwoniąc do nich „przez pomyłkę”.

Głośny kaszel podczas filmów propagandowych w kinach.

Zabieranie głosu często w trakcie spotkań i dodawanie anegdotek do swoich wypowiedzi.

Kłótnie o drobne różnice w używanym w dokumencie języku”.

Przydzielanie mało istotnych zadań na początku tak, żeby zabrakło czasu na te ważne.

Chwalenie nieefektywnych pracowników, żeby obniżyć morale tych pracujących dobrze.

Zawsze kopiuj o jedną sztukę za mało.

Udawaj, że nie rozumiesz poleceń i proś o ich ponowne wytłumaczenie.

Kolorowe zdjęcia tylko dla białych ludzi, czyli o tym, jak przemysł meblarski przywrócił fotografię czarnoskórym.

Przez 50 lat kolorowej fotografii zdjęcia Kodaka nie były w stanie dobrze oddać innego koloru skóry niż biały. Biali ludzie na zdjęciach wychodzili świetnie, ale osoby o ciemniejszym kolorze skóry były po prostu niewidoczne, nie widać było rysów ich twarzy, zlewały się z tłem. Było to zauważalne zwłaszcza tam, gdzie na jednej fotografii zbierają się osoby o różnym pochodzeniu.

Dlaczego? Firmy produkujące filmy pomijały związki chemiczne niezbędne do prawidłowego oddania brązów i niektórych czerwieni. Nikt nie zwracał na to szczególnej uwagi, bo próbniki wykorzystywane do testowania tego, jak dobrze zdjęcia oddają kolor (karty Shirley) pokazywały białe kobiety ubrane w kolorowe stroje. Biała Shirley wyglądała dobrze na zdjęciu testowym? To jedziemy.

Problem został zauważony przez przemysł meblarski w latach ’70. Zdjęcia nie były w stanie oddać różnicy odcieni różnych typów drewna, co stanowiło duży problem z reklamowaniem swoich produktów. Te same zastrzeżenia mieli producenci czekolady – w katalogach nie dało się odróżnić czekolady mlecznej od gorzkiej.

Wszystko to miało miejsce razem z poprawą świadomości nt. dyskryminacji ludzi ze względu na rasę i w latach ’90 nowe technologie były reklamowane z hasłami podkreślającymi równość wszystkich wobec aparatu.

A więcej obejrzycie na filmiku przygotowanym przez VOX:

Albo w fajnym artykule na NPR