Archiwa kategorii: pol

/pol/Lewica nie powinna mieć propozycji dla przedsiębiorców

Nie jest zadaniem lewicy, żeby mieć cokolwiek do zaoferowania przedsiębiorcom. Przedsiębiorczość jest wartością, która nie pasuje do lewicowych programów politycznych, jest niekompatybilna z ich etyczną podstawą bytu. To postawa indywidualistyczna i konkurencyjna, która zakłada, że zwycięzca bierze wszystko. To idea mocno zakorzeniona w społeczeństwie, ale obca kolektywnym i solidarnym ideałom.

A chociaż programy wyborcze mają doraźny charakter i muszą podlegać PRowym wpływom, w długim terminie konieczne jest posiadanie jasno zdefiniowanego systemu etycznego, żeby własna wizja polityczna przetrwała i pozwoliła zdobyć władzę. I program musi wynikać właśnie z tego systemu etycznego i jasno określonych wartości.

Bez głębokiego zakorzenienia w socjalistycznych ideałach, nawet w krótkim terminie lewica będzie po prostu niewiarygodna. Mówiąc o zrozumieniu i chęci pomocy przedsiębiorcom raczej nie znajdzie u nich posłuchu – mają oni znacznie lepszych reprezentantów, a antypaństwowy etos przedsiębiorczości i biznesu zupełnie nie pasuje do programu politycznego lewicowych partii.

Jest to przegrana w przedbiegach. Po co w ogóle startować na cudzych warunkach? To nie przejaw racjonalizmu i zrozumienia realpolitik – to brak wizji rozwoju lewicy. Lewica nigdy nie zbuduje swojej pozycji dzięki poparciu biznesu, więc nie ma sensu, żeby pochylała się nad przedsiębiorcami.

Jaką wartość ma działalność gospodarcza?

W tym miejscu, dla osób, które postanowiły doczytać jeden akapit, zanim rzuciły się do komentarzy, należy wyjaśnić, dlaczego mówiąc o porzuceniu interesów przedsiębiorców, nie mam na myśli porzucenia interesów ludzi, którzy obecnie zarabiają na życie, prowadząc działalność gospodarczą.

Post dotyczy systemów organizacji pracy, podziału i kontroli kapitału. Przedsiębiorca w Polsce może być osobą fizyczną, ma kochającą rodzinę i dzieci do wyżywienia, posiada wrodzone prawa opisane w Deklaracji Praw Człowieka, ale mowa o perspektywie systemu gospodarczego. A z tej perspektywy przedsiębiorca to byt, który działa samodzielnie na rynku i wobec społeczeństwa, żeby maksymalizować swój zysk.

Cechuje się indywidualną odpowiedzialnością wobec świata i rynku – sam musi radzić sobie wobec sił znacznie większych od niego, na które nie ma wpływu, ale z kolei zgarnia wszystkie zyski, jeśli będzie miał szczęście i uda się je osiągnąć. Może korzystać również z pracy innych ludzi, żeby czerpać z niej korzyści. To system przenoszący całe ryzyko na jednostkę i odbierający społeczeństwu wpływ na środki produkcji. Przedsiębiorczość w swojej istocie jest indywidualna, konkurencyjna i niedemokratyczna. I stoi w bezpośredniej opozycji do ideałów solidarności i równości.

Oczywiście, system podatkowy, wsparcie dla pracowników i cały szereg funkcji państwa opiekuńczego – o ile istnieją – tępią krańcowe tendencje przedsiębiorczości. Ale to działanie po fakcie, kiedy już pojawią się zyski, kiedy pojawi się wyzysk pracowników, kiedy upadną już inni, którzy również chcieli sprobować przedsiębiorczości, ale im się nie powiodło. Systemy zabezpieczenia istnieją, żeby minimalizować negatywne skutki po tym, kiedy te już wystąpią.

Działalność gospodarcza rozbiła gospodarkę.

W polskim modelu gospodarczym, przedsiębiorczość sprowadziła się do rozproszenia kapitału, radykalnego ograniczenia innowacji i rozmontowania skonsolidowanego (jakkolwiek nieefektywnie) systemu przemysłowego, w którym pracownice mogły jednoczyć się, żeby walczyć o swoje interesy. System regulowanego i chronionego rynku pracy zmienił się w system samowolki, rozbitej solidarności pracowniczej i zupełnego pomieszania interesów klasowych. Z punktu widzenia rynku pracy, przedsiębiorczość była motorem ograniczania praw pracowniczych.

Na drugim biegunie mamy z kolei gromadzenie kapitału poza jakąkolwiek kontrolą społeczną w rękach oligarchicznych rodów i globalnych graczy, którzy swoje bogactwo budowali jadąc na barana na ramionach służb specjalnych i aparatu partyjnego PZPR. Dalsze umacnianie ich pozycji jest łatwe wobec braku oporu ze strony rozproszonych pracowników, którzy ze względu na prowadzenie działalności gospodarczej utożsamiają swój interes z interesem wielkiego kapitału.

Nic dla przedsiębiorców, wszystko dla ludzi skazanych na przedsiębiorczość.

Żeby zrozumieć postulowany radykalny opór przeciwko promowaniu przedsiębiorczości, trzeba spojrzeć na to, jak zaprojektowano obecny system gospodarczy, żeby premiował złe formy organizacji pracy. Dzięki możliwości preferencyjnego rozliczania kosztów, niskiej stawce podatku dochodowego, braku progresji składek na ZUS oraz różnych form bezpośredniego i pośredniego wsparcia ze strony państwa (np. jednorazowe środki na założenie działalności, uproszczona księgowość, zakładanie działalności w jeden dzień), ludzie kierując się swoim dobrze rozumianym indywidualnym interesem przenoszą swoją pracę do działalności gospodarczych. Wspomaga to promowany już od czasu edukacji podstawowej etos indywidualnej pracy, w opozycji do wspólnych działań, społeczeństwa i innych pracujących.

Godzi to w interes kolektywny – zmniejsza siłę przebicia pracowników jako ogółu, daje dodatkowe możliwości nacisku tym, którzy w drabinie przedsiębiorczości są wyżej. To z kolei sprawia, że przedsiębiorczy raj nie nadchodzi praktycznie dla nikogo, za to wszyscy pracownicy tracą. Formalną równość przedsiębiorców wobec prawa podkreśla się eufemizmami jak B2B, które miałyby sugerować, że kurier zmuszony do zakupu własnej ciężarówki jest takim samym biznesem, jak zatrudniająca go globalna firma spedycyjna. Ta fikcja równości jest w praktyce dyktaturą kapitału, która umacnia się z każdym utraconym stabilnym miejscem pracy.

A to w kolektywnym interesie jest klucz do znalezienia odpowiedzi, jak uratować ludzi, którzy zostali zmuszeni do ciułania na niby-swoim. Wsparcie nie może mieć charakteru indywidualnego, jak ma to miejsce obecnie. Konieczne jest zerwanie z ideą, że wsparcie dla pojedynczego przedsiębiorcy, który ledwo dożywa od pierwszego do pierwszego może być skuteczne w istniejącym modelu organizacji pracy. Jeśli głównym problemem jest samotność wobec brutalności rynku, to ratunkiem nie jest rzucenie każdej potrzebującej osobie po zapałce, żeby próbowała przetrwać zimną noc. Jest nim zbudowanie dla wszystkich dachu nad głową.

W dużym skrócie – obniżenie ZUSu o dwieście złotych nic nie zmieni.

Nieudana pomoc potrzebującym.

Jeśli wsparcie będzie opierało się o liberalną ideę wzmacniania indywidualnej pozycji wobec wolnego rynku, może przynieść odwrotne skutki do zamierzonych. Jaskrawym przykładem są kartki na żywność w USA. Przysługują one tym ludziom, którzy mimo pracy nie są w stanie wyżywić swoich rodzin. Idea słuszna, nikt nie powinien być głodny, ale konstrukcja systemu wsparcia sprawiła, że wielki kapitał może zatrudniać ludzi poniżej stawki głodowej. System pomocy ma indywidualny, rynkowy charakter, w ogóle nie dbając o kolektywny interes. Nie zwiększył siły pracownika wobec kapitału, tylko uczynił zatrudnianie na najgorszych warunkach bardziej opłacalnym – na pewno dla biznesu, a czasami dla samych pracowników (minimalna pensja plus kartki mogą dawać w sumie więcej niż podwyższenie dochodu).

Podobne zarzuty są wysuwane wobec niektórych koncepcji bezwarunkowego dochodu gwarantowanego – przy źle skonstruowanym systemie podatkowym, może skończyć się zmniejszeniem presji na kapitał, żeby płacił swoim pracownikom godnie i w konsekwencji zwiększyć skalę wyzysku.

Wobec tych zagrożeń, skonstruowanie systemu, który nie zwiększa atrakcyjności samozatrudnienia i dalszego rozdrabniania interesu pracowników jest wielkim wyzwaniem. Nie jest to nic zaskakującego – system w swojej istocie jest antylewicowy, więc odpowiedni program musi zakładać znalezienie wszystkich nieszczelności, ostrych rogów i próbę obudowania ich odpowiednią polityką. Nie wydaje się to być możliwe.

Ale poprawne zidentyfikowanie źródła problemów pozwoli podejść do problemu z perspektywy, która jest od samego początku spójna z lewicową myślą gospodarczą i społeczną. A źródłem jest zerwanie solidarności pracowniczej i wystawienie ludzi samych na walkę z rynkiem, ustalając ich interes tak, że muszą przede wszystkim konkurować za wszelką cenę z innymi pracownikami będącymi w identycznej pozycji i tymi, którzy jeszcze funkcjonują na regulowanym rynku pracy.

Lewicowa odpowiedź jest prosta, jeśli wychodzi z własnych wartości, a nie z bieda-realpolitik.

Jaka w takim razie powinna być odpowiedź lewicy? Lewicowy model organizacji pracy powinien opierać się z jednej strony na konsolidacji kapitału, a z drugiej – na demokratyzacji odpowiedzialności za niego. W skrócie – podstawą organizacji pracy powinny być spółdzielnie, w których pracownicy na równych warunkach odpowiadają za swoje miejsca pracy i siebie nawzajem, a nie zależą od dobrej lub złej woli tych, którzy zagarnęli kapitał do własnych kieszeni.

Zmiana nie wymaga do tego rekonstrukcji całego systemu gospodarczego i podatkowego. Wystarczy, że pójdzie tymi samymi torami, którymi promowano indywidualizację ryzyka. Żeby promować samozatrudnienie, sprawiono, że po prostu realizowało krótkoterminowy interes wszystkich stron – pracownik miał dwieście złotych w kieszeni więcej, zatrudniający niższe koszty i zero zobowiązań. Konsekwencje takiego rodzaju organizacji pracy spadły w całości na pracowników, ale były oddalone w czasie. Wszystko pod parasolem ułatwień i subsydiów ze strony państwa.

Możemy najzwyczajniej na świecie przepisać te rozwiązania, przenosząc środki i wysiłek wsparcia z przedsiębiorców na spółdzielnie. Ułatwić ich zakładanie, zaoferować im podobne wsparcie bezpośrednie i pośrednie. Korzyści odczują nie tylko sami pracownicy, którzy z modelu indywidualnego przyjmowania ryzyka znajdą się w systemie, którego korzeniami jest solidarność w ramach zakładu pracy, ale cała gospodarka, która otrzyma potężne narzędzie wspierania wzrostu produktywności i rozwoju.

W jaki sposób pomoże to we wzroście? Odpowiedzcie sobie na kilka pytań opartych o istniejące mechanizmy wsparcia.

Co pozwoli budować bardziej konkurencyjną gospodarkę – obniżenie ZUSu o dwieście złotych dla stu samozatrudnionych, czy wsparcie w wysokości dwustu czterdziesty tysięcy rocznie dla założonej przez nich spółdzielni?

Co pozwoli zbudować trwalszy byt gospodarczy? Jednorazowe wsparcie w wysokości 25 tysięcy dla dziecięciu indywidualnych bezrobotnych czy ćwierć miliona wsparcia dla spółdzielni, którą założy dziesięć osób?

Co jest efektywniejszą formą organizacji pracy – dziesięć kurierek, z których każda zajmuje się całością działalności swojego samozatrudnienia czy spółdzielnia, w której występuje podział pracy i specjalizacja?

Koncentracja kapitału w spółdzielni tworzy warunki do zwiększania produktywności, wprowadzania nowych rozwiązań organizacyjnych i technologicznych, kupowania maszyn, szkoleń personelu, certyfikacji usług i produktów. Zwiększa odporność na wstrząsy rynkowe, podwyższa standardy pracy, pozwala zmniejszyć indywidualne ryzyko, co z kolei przekłada się po prostu na lepszą pracę. Stolarz pracujący w garażu, który żyje dzięki fuchom, zmienia się w członka spółdzielni, która może zaoferować wyższej jakości usługi przy równoczesnym podniesieniu jakości warunków pracy. Dostępny staje się prawdziwy park maszynowy. Jeśli państwo będzie promowało konsolidację, opłacalna staje się współpraca, a nie konkurencja małych podmiotów wobec wielkiego kapitału.

Istnieje przy tym ogromna infrastruktura, która idealnie nadaje się do wspierania spółdzielczości – parki technologiczne, PARP, specjalne strefy ekonomiczne – wszystkie mogą zostać z łatwością przekształcone w narzędzia wsparcia spółdzielców wyłącznie dzięki zmianie prawa.

No i ostatni argument. Spółdzielnie, chociaż w swojej istocie są bytami będącymi podstawą socjalizmu, mogą funkcjonować doskonale w systemie kapitalistycznym.

Różnice kulturowe to koronny argument liberałów. Dejcie se z nim spokój.

Co do argumentu, że Polacy tak bardzo kochają przedsiębiorczość, że nigdy nie zgodzą się na odejście od niej, można spróbować z kolejnymi pytaniami.

Czy hydraulik za wszelką cenę będzie chciał założyć działalność gospodarczą, żeby wykonywać fuchy, czy po prostu wybierze tę opcję, która się opłaca?

Czy Polacy, którzy wyjeżdżają do państw o innym modelu gospodarczym i organizacji pracy podejmują tam działalność gospodarczą, jeśli opłaca się mniej niż inne formy zatrudnienia?

Czy ochroniarz zmuszony do samozatrudnienia tak bardzo zaraził się bakcylem przedsiębiorczości, że nie będzie zainteresowany powrotem na umowę o pracę?

Bo podszywanie się pod Kukiza i tak się nie uda.

Argument z realpolitik, czyli mówienie o protokole 1% czy inne formy zagłuszania wszystkich opinii, które podważają status quo jest przy całej swojej „racjonalności” argumentem z krótkowzroczności. Przedsiębiorcy różnej maści mają już swoją reprezentację polityczną, a lewica nigdy nie będzie wiarygodna w mówieniu o wsparciu dla kapitalistów – niezależnie od tego, czy mowa o wielkim kapitale czy drobnej burżuazji.

Istnieje też duże ryzyko, że działania mające ograniczyć obciążenia dla najbardziej potrzebujących osób prowadzących działalność gospodarczą, jeszcze bardziej zwiększy atrakcyjność tej formy zatrudnienia właśnie dla najbardziej potrzebujących wyrwania z epidemii samotności wobec rynku. Skala zmian, żeby ucywilizować zły system jest tytaniczna i może pogrążyć całe środowisko w jałowej i kontrproduktywnej pracy.

Ciężko pogodzić komunikaty, że większość samozatrudnionych powinna otrzymać umowę o pracę ze zwiększaniem atrakcyjności działalności gospodarczej, tworzeniem ulg, nowego systemu podatkowego. Po prostu, zawsze przegramy z Kukizem na punkty, bo jego przekaz wynika prosto z jego wartości. Nasz musi być tak zniuansowany, że sami gubimy wątek, zanim skończymy tłumaczyć, czym jest progresja.

Poza tym, jeśli mówimy, że problemem drobnych rzemieślników i usługodawców są wysokie składki i podatki, wchodzimy w narrację opozycji ludzi pracy wobec społeczeństwa, państwa i danin. Oczywiście, uzupełniamy to słusznym stwierdzeniem, że chodzi o sprawiedliwość i progresję. Ale zanim to się uda, ktoś inny kradnie puentę. „Tak, jak powiedział pan Kukiz/Petru, ale solidarniej” nie może być hasłem lewicy.

To nie realpolitik, taka politik ist kaputt.

Przeciwko państwu opiekuńczemu, przeciwko kapitalizmowi

Nie ma możliwości, żeby mówić o solidarności i godności, dopóki dopuszcza się jako etyczne jakikolwiek wariant systemu, który pozwala na wyzysk, na czerpanie zysku z ciał innych ludzi, sprzedawanych na godziny, żeby przeżyć. Dopóki akceptuje się kapitalizm, dopóty uznaje się za etyczny fakt, że na końcu łańcucha znajdą się ludzie, których całe życie zostało podporządkowane zyskowi kogoś innego, których życie zależy od arbitralnych, biznesowych decyzji.

Z punktu widzenia lewicowych wartości wolności, równości i siostrzeństwa, nie ma żadnego uzasadnienia dla pozytywnej etycznej oceny kapitalizmu, jeśli nie planuje się przymykać oka na zło, które dotyka słabszych. Kapitalizm z samej swojej natury nie może być etyczny, bo podstawą jego istnienia jest zgoda na to, żeby życie słabszych było w pełni podporządkowane chęci zysku niewielkiej grupy silnych. Przyzwolenie na to, żeby środowisko, którego wszyscy jesteśmy równą częścią, było eksploatowane – obecnie widzimy, że do granic wytrzymałości – w zgodzie z interesami ludzi, którzy nie mają żadnego interesu w utrzymaniu go w dobrym stanie dla przyszłych pokoleń, nie jest kompatybilne z ideą równości.

Progresywne podatki w USA płaciły za polityczne morderstwa aktywistów

Argumentem przeciwko radykalnemu odrzuceniu kapitalistycznych środków produkcji jako nieetycznych, jest przedstawienie robotniczej sielanki lat ‘50 i ‘60 w Zachodniej Europie i Ameryce Północnej. Niskie rozwarstwienie społeczne, progresywne podatki i możliwość utrzymania rodziny z jednego etatu mają być dowodem, że kapitalizm może być etyczny.

Opis ten pomija element, który jest kluczowy dla zrozumienia tego, czym jest kapitalizm – to system, który zawsze służy silnym, żeby zapewnić im maksymalne korzyści kosztem wszystkich, którzy nie mają siły, żeby się bronić. Po wojnie, przez dwie dekady polityczna siła była po stronie białych mężczyzn z globalnej Północy, więc kapitalizm był dla nich słodki. Ale w tym samym czasie w Stanach Zjednoczonych prowadzona była brutalna, rasistowska i szowinistyczna polityka. Afroamerykanie domagający się podstawowych praw człowieka, w tym rzeczy tak trywialnie oczywistych jak prawa do korzystania z tych samych toalet, co biali ludzie, byli brutalnie pacyfikowani, a FBI we współpracy z policją dokonywały bestialskich egzekucji, najeżdżając w majestacie prawa mieszkania aktywistów, żeby zamordować ich we śnie, we własnych łóżkach.

Francja i Wielka Brytania prowadziły brutalne kolonialne wojny zmieniając Afrykę Północną i Azję w krwawe pola, gdzie przesiedlano lub zamykano w obozach koncentracyjnych miliony ludzi, których uznawano za niewygodnych.

Nic nie broni nawet socjaldemokratycznej Szwecji, która była kluczowym dostawcą broni dla indonezyjskiej armii, która w 1968 roku rozpoczęła pogrom komunistów i wszystkich osób, które zostały określone jako lewicujące. W rok zamordowano pół miliona ludzi, chociaż szacunki sięgają trzech milionów.

Zarzuty wobec etycznego kapitalizmu są jeszcze większe, jeśli spojrzy się na jego koszty dla planety. Europejskie państwa dobrobytu budowały swoje bogactwo bezwzględnie niszcząc środowisko naturalne, podkopując szanse całej ludzkości na dalszy rozwój. Wczesne państwo dobrobytu usiane jest zatrutymi rzekami, wyciętymi lasami i smogiem, a kiedy negatywne efekty dla zdrowia i jakości życia stały się oczywiste – nie zrezygnowano ze zwiększania konsumpcji i zysków, a eksportowano zniszczenia do biedniejszych regionów świata. Japonia może sadzić na nowo lasy i korzystać z drewna, dopóki będzie korzystała z rabunkowych wycinek na Borneo, których negatywny efekt odbija się na setkach milionów ludzi żyjących w basenie Pacyfiku.

Biorąc pod uwagę, jakie były konsekwencje istnienia kapitalizmu, nawet najlepszy jego okres, do którego z tęsknotą nawiązuje współczesna socjaldemokracja warto nazwać po imieniu – było to 25 lat, w trakcie których cała planeta pracowała na dobrobyt kilkuset milionów białych mieszkańców globalnej północy.

Jeśli każde ustępstwo trzeba wyrywać systemowi z gardła, w końcu przychodzi zmęczenie. I porażka.

Krótki okres trwania tej radości dla wybranych pokazuje jeszcze jedno – jeśli zgadzamy się, że etycznie słuszny jest system, w którym stosunki społeczne i własności opierają się o chęć zysku i egoizm, nie istnieją żadne gwarancje, że nawet ta wąska grupa utrzyma swój poziom życia. W wystarczy drobna zmiana systemu podatkowego, żeby odebrać ludziom podstawowe warunki bytowe, co otwiera zaklęty krąg spadku ich politycznej siły. Jeśli nasz dobrobyt może trwać tylko tak długo, jak komuś się opłaca, nie ma żadnych gwarancji, że jutro będzie wciąż istniał.

To dobry moment, żeby podkreślić, o czym jest cały wywód, zanim zbierająca się para nie rozsadzi lewicowych miłośników kapitalizmu – o etycznej ocenie systemu. O uzasadnieniu zdania, które mówi, że system kapitalistyczny nie jest dobry. Powyższe akapity mają na celu przypomnienie, że etyczny kapitalizm nigdy nie istniał, a prezentowanie jego “egalitarnych” elementów jako listka figowego oznacza świadome i szowinistyczne ukrycie cierpienia większości świata, który nie tylko nie mógł korzystać z postępu, ale był celowo trzymany pod butem, żeby utrzymać dobrobyt dla niewielu.

Niewiele znaczą też statystyki, które pokazują, że jeszcze nigdy na świecie tylu ludzi nie żyło na takim poziomie, jak obecnie. W końcu istniejące dysproporcje zostały stworzone i utrwalone właśnie przez wykluwający się światowy system kapitalistyczny i imperialny. Jaskrawym przykładem jest historia Afryki. Cały kontynent został zniewolony i przeorany przez imperialną politykę mocarstw europejskich i – poza enklawami – doprowadzony do gospodarczego i politycznego upadku. Obecnie średni poziom życia rośnie, ale co roku Afryka jest drenowana przez obce siły, niszcząc środowisko i rujnując szansę na odzyskanie godnych warunków życia w dobie nieodwracalnych zmian klimatycznych.

Wobec obiektywnych barier rozwoju (Ziemia nie pozwoli 10 miliardom ludzi żyć nawet na poziomie Czechów), prezentowanie na obronę kapitalizmu tabelek, że wszystko idzie w dobrym kierunku wygląda trochę jak obrona niewolnictwa na podstawie informacji o polepszeniu warunków mieszkaniowych żywego inwentarza. Trzeba również pamiętać, że ten wzrost ma miejsce tylko dlatego, że komuś się to opłaca. Kiedy przestanie – po prostu wróci głód, co bardzo obrazowo pokazują konsekwencje kryzysu z 2008 roku, kiedy na skutek spekulacji, w rok o sto milionów zwiększyła się liczba niedożywionych ludzi mimo braku zauważalnych różnic w produkcji żywności.

Osobną kwestią jest to, co dane tabelki w ogóle pokazują. Jak ocenić jakość życia człowieka, którego społeczność została rozbita przez wywłaszczenie ziemi, represje polityczne i przymus ekonomiczny, a system wartości został wywrócony do góry nogami po przesiedleniu do nowego przemysłowego miasta. Czy zwiększenie o 20% dochodu bengalskiego pracownika rolnego międzynarodowej firmy spekulującej surowcami zbierającego bawełnę na odebranej przemocą ziemi jest faktycznym postępem i rozwojem? Czy jest z czego się cieszyć, kiedy nie istnieje żadna perspektywa zmiany jego roli w międzynarodowym systemie podziału pracy? Czy zmniejszenie głodu i cierpienia wywołanych przez ustalenie miejsca całych ras i narodów w strukturze środków produkcji świata jest powodem do zachwytu nad systemem, który jest źródłem tych cierpień?

Po co walczyć, skoro wszystko jest w gruncie rzeczy na swoim miejscu?

Rozpatrywanie zgody na istnienie kapitalistycznych środków produkcji na poziomie wartości i etyki jest nieskończenie ważnym zadaniem dla lewicy. Bez wyraźnych ocen istniejącego ładu, lewica nie różni się wiele od merytokratycznej liberalnej elity, nie potrafi zaproponować nic ponad “to samo, co wcześniej, ale trochę lepiej”.

Jest to ważne właśnie w kontekście właściwej dla kapitalizmu tendencji do przywrócenia władzy najsilniejszym i najbogatszym. Polityka, do której tęskni socjaldemokracja jest ewenementem w historii kapitalizmu i wynika z wyjątkowej sytuacji geopolitycznej na świecie – panicznego strachu przed nominalnie komunistycznym ZSRR, w którym militarystyczna, przemysłowa polityka była prowadzona dzięki ludobójstwu milionów w głodzie, czystkach i gułagach. Kiedy tylko zewnętrzne zagrożenie zniknęło, władza błyskawicznie wróciła w ręce elitarnych, biznesowych rodów i koncentruje się coraz bardziej.

Odrzucenie kapitalizmu może być ciężkie, bo traktujemy go jako domyślny system regulujący stosunki społeczne i gospodarcze. Ale nie ma w nim nic naturalnego – współczesny kapitalizm rodził się przez kilkaset lat wobec wielkiego oporu społeczeństw, w brutalnej walce, która wielokrotnie mogła zostać przegrana. Ilość zaburzeń psychicznych mieszkańców kapitalistycznych krajów pokazuje też, że system nie jest naturalny nawet dla naszych ciał, przystosowanych do wspólnego, komunalnego życia w dbających o siebie społecznościach.

Sukces kapitalizmu jest efektem wysiedleń obejmujących całe narody, grodzeń, które wypchnęły miliony ludzi w biedę i choroby, jest efektem wojen handlowych i kolonialnych, które tliły się i płonęły przez dekady. W Ameryce Północnej kapitalizm mógł pojawić się dopiero po dokonaniu ludobójstwa, w wyniku którego zamordowano 90% pierwotnych mieszkańców przy pomocy broni biologicznej, a następnie po sprowadzeniu milionów niewolników na ich miejsce. Wymagał stworzenia w Europie całej klasy miejskiej biedoty, dla której jedynym ratunkiem była niebezpieczna podróż przez ocean, a następnie stłumienie dążeń tej biedoty, kiedy chciała wykazać się niezależnością od rynku w trakcie kolonizacji zachodu.

Kapitalizm wydaje się być domyślnym systemem normującym stosunki społeczne i gospodarcze, ponieważ przez kilkaset lat zakorzenił się na świecie i objął swoimi mackami każdy aspekt życia, sprowadzając stosunki między ludźmi do wymiany towarowej, a ludzkie potrzeby – do źródeł zysku. Zmiana będzie trudna, nie oznacza to jednak, że nie należy otwarcie nazwać stosunku do kapitalistycznych środków produkcji. Tak samo, jak obalenie feudalizmu wymagało próby wyobrażenia sobie niewyobrażalnego, tak podobny wysiłek musi postawić przed sobą lewica, myśląc o nowym świecie, w którym podstawą istnienia jest coś innego niż indywidualny egoizm, który pomnożony przez wszystkich ludzi na świecie da postęp. Nie oznacza to, że należy startować z nową, gotową propozycją. Na dobry początek wystarczy umiejętność nazwania zła złem i powiedzenia, że jeśli ludzkość i Ziemia w kształcie, w którym ją znamy mają przetrwać, muszą zniszczyć kapitalizm.

Tłumaczenie, że kapitalizm jednak może być dobry i etyczny jest chyba jeszcze bardziej utopijne niż jego odrzucenie. Kapitalizm miał pół tysiąclecia, żeby pokazać, że nie jest w samej swojej konstrukcji zły – ale nie udało się. Nawet jego najlepsze okresy zbudowane były na barkach niewolników, ofiar ludobójstw, kolonializmu. Z kolei środki, które miały służyć poprawie bytu zawsze były nienaturalne dla systemu, musiały być wywalczone niesamowitym wysiłkiem i nigdy nie były stabilne.

Jeśli równość i wolność mają być podstawą stosunków społecznych, jeśli ludzka godność ma być faktycznym, ostatecznym celem, a nie tylko środkiem (jednym z wielu) do realizacji zysku, konieczne jest stworzenie systemu stosunków społecznych, dla których te wartości są centralne, a nie incydentalne, możliwe do wyboru obok dziesiątek innych. Pierwszym krokiem do tego jest nazwanie kapitalizmu po imieniu – złym.