Archiwa kategorii: Bardziej do się dowiedzenia

Dosłownie umieramy wraz ze ścinanymi drzewami.

 

Wiele wskazuje na to, że obecność drzew ma bezpośrednie przełożenie na śmiertelność ludzi. W 2013 przeprowadzono badanie w 15 stanach USA, które zostały dotknięte masowym wymieraniem drzew na skutek działań szkodników. W krótkim czasie umarło sto milionów drzew (ok. 3% stanu na badanym obszarze), na skutek czego zwiększyła się liczba śmierci od chorób układu oddechowego i krwionośnego. W sumie okrągłe 21 193 dodatkowych śmierci, które nie nastąpiłyby, gdyby drzewa mogły rosnąć dalej. To efekty badania Geoffa Donovana z amerykańskiej służby leśnej.

Skąd ten efekt? Drzewa są dobre, a brak drzew zły. Dają cień, pochłaniają ciepło i zanieczyszczenia z powietrza, powstrzymują erozję gleby i zwiększają jej chłonność w trakcie deszczu, oddalając od nas groźbę powodzi. Są zielone i uspokajają, zmniejszają stres, poprawiają humor.

Meta-analiza badań z 2015 roku potwierdza trendy opisane przez Donovana, dodając do nich inne pozytywne czynniki, jak wyższa waga urodzeniowa dzieci czy obniżone zapotrzebowanie na antydepresanty.

Wszystko wskazuje na to, że paradoksalnie, mimo wielu zachęcających – jeśli ma się ze sobą pasek lub sznurowane buty – gałęzi, drzewa zniechęcają do umierania.

Więcej o kosztach wycinania i wymierania drzew w bardzo dobrym artykule Wired.

 

 

Kiedy zakaz reklamy papierosów zwiększył ich sprzedaż

W 1970 roku Kongres USA zabronił wyświetlania reklam papierosów w telewizji, uznając, że kampanie przeciwko paleniu nie spełniają swojego zadania. W kilka lat zyski producentów fajek wzrosły o 30%. Dlaczego? Trzeba zacząć od zrozumienia, czym były reklamy papierosów i do kogo były kierowane. Znajomość gry, w której uczestniczyli producenci również wiele wyjaśnia.

 

W latach ‘60 rynek palaczy osiągnął swoją maksymalną wielkość, nie było już szansy na zachęcenie nowych osób do palenia. Jedyny cel, jaki mogły spełnić reklamy to przyciąganie osób przywiązanych do cudzych marek, żeby spróbowały własnych. Z drugiej strony, od 1964 do 1967 liczba palaczy spadała o 1.6% rocznie dzięki medialnym doniesieniom o szkodliwości palenia, a odkąd w 1968 uruchomiono finansowane ze środków publicznych kampanie społeczne (w tym m.in. świetny spot „Like father like son”), spadek przyspieszył do 2.6%. Kampanie przeciwko paleniu były tym skuteczniejsze, że były dołączane do reklam papierosów.

 

Oznaczało to, że z punktu widzenia teorii gier, firmy od fajek wpadły w dylemat więźnia. Działanie dla maksymalizacji własnej korzyści szkodziło wszystkim graczom, ale żaden z nich nie chciał ryzykować rezygnacji z reklam, bo stawiało ich to na straconej pozycji, jeśli inni gracze nie podjęliby tej samej decyzji. Reklamy pozwalały utrzymać udział w rynku, ale zmniejszały jego sumaryczną wielkość. Brak reklam ograniczał przekaz przeciwko paleniu, ale mógł skończyć się spadkiem udziałów w rynku, a i tak nie było gwarancji, że ten się nie zmniejszy na skutek akcji reklamowej innych producentów.

 

Rozpoczął się lobbing na rzecz całkowitego zakazu reklam papierosów w telewizji i radio, którym – z cienia i potajemnie – wydawały się sterować firmy produkujące papierosy, które rozpoznały swój nowy interes. Pod pozorem dbałości o zdrowie publiczne, zmieniły zasady gry. Od 1971 reklamy fajek zostały zakazane.

 
W następnych kilku latach rozpoczął się gwałtowny wzrost sprzedaży (w 1974 było to 4.4% wzrostu), do tego pojawiły się inne korzyści dla oligopolu. Spadły rekordowe wydatki na reklamę, co zwiększyło zyski. Palacze, wobec braku ekspozycji na inne marki, przywiązywali się bardziej do tych, które już palili – pozwoliło to podnieść ceny. Nowe firmy praktycznie straciły szanse na pojawienie się na rynku, bo nie miały jak informować o produktach.

 

 

Co się zmieniło? Gra. Wcześniej regulacje tworzyły warunki, w których producenci musieli skakać sobie do gardeł, żeby przetrwać. W nowej rzeczywistości, stworzono silosy, w których każdy z nich mógł spokojnie truć swoich klientów po cichu.

 
Więcej w raporcie Cato Institute How Smoking Increased When TV Advertising of Cigarettes Was Banned

Zmiana klasyfikacji doda 100 planet do Układu Słonecznego, w imię logiki i przejrzystości

Wytyczne International Astronomical Union dotyczące tego, co jest, a co nie jest planetą w kontrowersyjny sposób zabiły Plutona jako planetę. Kluczowe było określenie, czy obiektowi udało się “oczyścić” swoją orbitę. Warunek jest o tyle kontrowersyjny, że oprócz arbitralnego wyboru, trzymanie się jego litery może wykluczyć wszystkie ciała w Układzie Słonecznym. A dla geofizyki bez sensu jest, że definicja IAU opiera się na zewnętrznych oddziaływaniach ciał niebieskich.

Tymczasem Ganimedes, który orbituje dookoła Jowisza oraz Tytan okrążający Saturna, są większe od Merkurego, który orbituje Słońce. Tytan ma więcej wspólnego z Ziemią niż Uran, a odkrycie nowych układów gwiezdnych stworzy jeszcze więcej zależności nie pasujących logiką do astronimicznej definicji.

Kirby Runyon ze swoim zespołem proponuje nową definicję, która definiowałaby planety w oparciu o ich indywidualną charakterystykę, a nie stosunek wobec innych ciał niebieskich. Zespół Runyona proponuje, żeby planetą było każde ciało niebieskie, któremu udało się zbić w kulę dzięki własnej grawitacji oraz które nie rozpoczęło syntezy jądrowej (czyli – nie jest gwiazdą).

Dzięki zastosowaniu tej definicji, Układ Słoneczny zwiększyłby się do ponad 100 planet.

Czy to problem do zapamiętania? Nie bardzo. Definicja pozwalałaby traktować planety podobnie, jak obecnie traktujemy gwiazdy czy galaktyki. Nikt nie pamięta nazw miliardów rozpoznanych obiektów (poza kilkoma, które mogą mieć specjalne znaczenie). Ale dzięki określeniom jak “biały karzeł”, “czerwony supergigant” jesteśmy w stanie błyskawicznie zrozumieć, czym jest każdy z obiektów. Już teraz znamy kilkadziesiąt tysięcy egzoplanet, w najbliższych latach prawdopodobnie liczba ta wzrośnie do milionów.

W tym kontekście nie ma znaczenia, czy planeta bliźniaczo podobna do Ziemi orbitowałaby dookoła gwiazdy czy innej ogromnej planety – w końcu interesuje nas przede wszystkim, jakie warunki panują na jej powierzchni.

Abstrakt „A Geophisical Planet Definition”

Zdjęcia z fabryki realistycznych lalek do seksu

Jeśli zastanawialiście się kiedyś, jak wygląda proces produkcyjny lalek do masturbacji, które kosztują 6500 dolarów za sztukę nie jestem pewien, czy powinniście się tym chwalić. Jeśli właśnie dowiedzieliście się, że takie istnieją, możecie nie być gotowi na poznanie ich historii od środka.

Robert Benson postanowił dowiedzieć się więcej o produkcji realistycznych lalek do seksu, na jego stronie możecie obejrzeć mały fotoreportaż.

via Gizmodosxdl1 sxdl2 sxdl3 sxdl5

 

Wszyscy spodziewali się hiszpańskiej inkwizycji. Zapowiadała się 30-40 dni wcześniej.

NOBODY_EXPECTS_THE_SPANISH_INQUISITION!

Wbrew mitom, większość ludzi spodziewała się hiszpańskiej inkwizycji. Inkwizycję stanowiły sądy, które powoływano na krótki okres czasu, żeby wyplenić herezję w wybranym mieście lub regionie. Trybunały składały się z duchownych oraz świeckich przedstawicieli kleru, a nacisk kładziono raczej na osoby uczone w prawie, a nie teologii.

Ale chyba jednym z najbardziej szokujących faktów jest, że wszyscy spodziewali się hiszpańskiej inkwizycji. Po zawiązaniu, które samo nie było sekretem, ogłaszano 30-40 dniowy okres łaski, w trakcie którego każdy mógł dobrowolnie zgłosić się, przyznać do grzechu i herezji i otrzymać lekkie kary lub zupełne ich odpuszczenie.

Jeśli ktoś po upływie okresu łaski nie spodziewał się hiszpańskiej inkwizycji, naprawdę dobrze się nie rozglądał.

źródło: wiki

„W trakcie spotkań rzucaj anegdotkami” – podręcznik CIA do prostego sabotażu.

sabotage

Walka z III Rzeszą to nie tylko wielkie bitwy i naloty, zorganizowany ruch oporu  i wielkie geopolityczne gry. To również heroiczne bycie nieefektywnym dupkiem przez setki tysięcy robotników, którzy pracowali jako trybiki niemieckiej gospodarki.

W 1944 roku poprzedniczka CIA, OSS, wydała podręcznik opisujący akty prostego sabotażu, które mogą być przeprowadzone przez każdego, bez specjalnego przygotowania. Wystarczyło zachęcić ludzi, żeby celowo byli ludźmi. Pośród rad amerykańskich szpiegów znajdują się prawdziwe perełki, a fakt, że niektóre z nich to np. „dodawanie anegdot do wszystkich wypowiedzi w trakcie spotkań”, „kłótnie o drobne kwestie językowe w dokumentach” lub „sprawdzanie biletów w pociągu po północy, żeby nie pozwolić podróżnym na sen” sugeruje, że obecnie ktoś prowadzi bardzo rozbudowane działania partyzanckie przeciwko nam wszystkim.

Przeczytajcie całość na stronach CIA, ale wyjąłem kilka lepszych:

Zatykanie kibli, żeby dokonać zalania toalety i okolicznych pomieszczeń.

Gaszenie lamp górniczych i długie błąkanie się w poszukiwaniu miejsca, gdzie można zapalić je z powrotem.

Wydawanie wrogim żołnierzom biletów z tą samą miejscówką, żeby uczynić podróż bardziej stresującą i powodować kłótnie.

Wypisywanie biletów ręcznie, kiedy czas odjazdu pociągu jest bliski, żeby dodatkowo spowolnić proces.

Sprawdzanie biletów po północy, żeby budzić pasażerów i ogłaszanie każdej stacji w nocnych pociągach.

Wybieranie dłuższej trasy przez taksówkarzy.

Przerywanie pracy sztabów wroga dzwoniąc do nich „przez pomyłkę”.

Głośny kaszel podczas filmów propagandowych w kinach.

Zabieranie głosu często w trakcie spotkań i dodawanie anegdotek do swoich wypowiedzi.

Kłótnie o drobne różnice w używanym w dokumencie języku”.

Przydzielanie mało istotnych zadań na początku tak, żeby zabrakło czasu na te ważne.

Chwalenie nieefektywnych pracowników, żeby obniżyć morale tych pracujących dobrze.

Zawsze kopiuj o jedną sztukę za mało.

Udawaj, że nie rozumiesz poleceń i proś o ich ponowne wytłumaczenie.

Kolorowe zdjęcia tylko dla białych ludzi, czyli o tym, jak przemysł meblarski przywrócił fotografię czarnoskórym.

Przez 50 lat kolorowej fotografii zdjęcia Kodaka nie były w stanie dobrze oddać innego koloru skóry niż biały. Biali ludzie na zdjęciach wychodzili świetnie, ale osoby o ciemniejszym kolorze skóry były po prostu niewidoczne, nie widać było rysów ich twarzy, zlewały się z tłem. Było to zauważalne zwłaszcza tam, gdzie na jednej fotografii zbierają się osoby o różnym pochodzeniu.

Dlaczego? Firmy produkujące filmy pomijały związki chemiczne niezbędne do prawidłowego oddania brązów i niektórych czerwieni. Nikt nie zwracał na to szczególnej uwagi, bo próbniki wykorzystywane do testowania tego, jak dobrze zdjęcia oddają kolor (karty Shirley) pokazywały białe kobiety ubrane w kolorowe stroje. Biała Shirley wyglądała dobrze na zdjęciu testowym? To jedziemy.

Problem został zauważony przez przemysł meblarski w latach ’70. Zdjęcia nie były w stanie oddać różnicy odcieni różnych typów drewna, co stanowiło duży problem z reklamowaniem swoich produktów. Te same zastrzeżenia mieli producenci czekolady – w katalogach nie dało się odróżnić czekolady mlecznej od gorzkiej.

Wszystko to miało miejsce razem z poprawą świadomości nt. dyskryminacji ludzi ze względu na rasę i w latach ’90 nowe technologie były reklamowane z hasłami podkreślającymi równość wszystkich wobec aparatu.

A więcej obejrzycie na filmiku przygotowanym przez VOX:

Albo w fajnym artykule na NPR

Ile tyranozaurów trzeba, żeby zjeść Nowy Jork czyli „What if?” po polsku.

whatif

Jeśli chcecie przeczytać „What if?” w wersji polskiej, macie szczęście, bo polska premiera książki wypadła 7 października. Ale jako czytelnicy Dystopijnej przyszłości, w której miasta zostały zniszczone przez potwory jesteście lepszymi ludźmi niż ludzie, którzy nie są czytelnikami Dystopijnej przyszłości, w której miasta zostały zniszczone przez potwory i macie szansę na znacznie lepszy dil. Ale o tym na końcu.

Jeśli zastanawialiście się kiedyś, ile dwutlenku węgla jest we wszystkich butelkach napojów na świecie i ile coli trzeba by wyprodukować, żeby przywrócić poziom CO2 do stanu sprzed epoki przemysłowej albo próbowaliście policzyć, kiedy wożona w samochodzie moneta będzie warta mniej niż dodatkowa benzyna spalona na wożenie jej ciężaru (jakieś 220 tysięcy kilometrów), możecie zacząć zacierać ręce z radości.

„What if?” odpowiada dokładnie na te pytania. Prawdopodobnie kojarzycie najlepszy komiks w internecie, XKCD (powinniście, jeśli śledzicie dystopijną przyszłość, w której miasta zostały zniszczone przez potwory) i pewnie wiecie o serii „What if?„, która jest publikowana na stronie. Możecie zdawać sobie sprawę również z tego, że najlepsze z artykułów zostały opublikowane w formie książki i w wydaniu papierowym jest kilka pytań, na które odpowiedzi w sieci nie ma.

Część z Was już czytała, ile ludzi na dzień musiałby zjadać tyranozaur, żeby przeżyć i ile tyranozaurów potrzeba, żeby zjeść cały Nowy Jork lub jak wysoko musiałby stać człowiek, żeby bezpiecznie złapać wystrzelony pionowo do góry pocisk z pistoletu. Ale teraz możecie przeczytać to w języku Januszów, na papierze, siedząc na kiblu.

I teraz, lepszy dil, o którym pisałem na górze.

Możecie dostać egzemplarz recenzencki pełen błędów, koślawych tłumaczeń i złego składu stron z wielkim napisem  „NIE DO SPRZEDAŻY” na okładce, bo ja dostałem taki egzemplarz jakiś czas temu i oddam. Książka jest porysowana, na kilku stronach jest tłusta plama, bo upuściłem na nią obiad, jest pełna pozaginanych kartek, kilka stron jest mokrych, bo chciałem doczytać artykuł pod prysznicem, a na pierwszej stronie przekreśliłem notatkę od Legalnej Kultury i napisałem „Legalna Kultura Chuje”. Ten egzemplarz może być Wasz.

Ale! Sam nie chcę zostać bez książki. Dlatego się wymienimy. Pierwsza osoba, która wyśle mi zdjęcie kupionej książki, dostanie adres, na który może mi ją wysłać. W zamian odeślę tej osobie mój egzemplarz recenzencki. Powinna być w księgarniach i internetach.

Przy okazji – wraz z tym postem stałem się profesjonalnym blogerem! Dostałem coś za darmo, żeby to opisać. Nie był to interes życia, bo zgodziłem się na posta w zamian za egzemplarz książki, którą i tak już przeczytałem rok temu. Dystopijna przyszłość w której miasta zostały zniszczone przez potwory is ready to sell out!

Małpy, które weszły w epokę kamienia.

p01w05fz

Nikogo nie dziwi, że zwierzęta korzystają z narzędzi. Wykorzystanie przedmiotów w celu pozyskania żywności lub obrony jest powszechnie nie tylko pośród naczelnych, robią to również ptaki, a nawet ryby.

Jednak pytanie o to, w jaki sposób z narzędzi korzystają gatunki, które są nam ewolucyjnie bliskie jest ważne, żeby zrozumieć, w jaki sposób staliśmy się ludźmi, w końcu wykorzystanie narzędzi było jednym z czynników, który kierunkował naszą ewolucję.

Oznacza to, że konieczne było powstanie nowej dziedziny nauki – archeologii naczelnych. Narzędzia się elementem kultury, zwykła paleontologia nie wystarczy, żeby badać charakter kultury szympansów, goryli, makaków czy kapucynek.

Obecność narzędzi u gatunków odległych od siebie o 35 milionów lat na drzewie ewolucyjnym mówi nam, że większość naczelnych posiada teoretyczną możliwość korzystania z narzędzi. Fakt, że nie wszystkie populacje z nich korzystają pokazuje, że jest to element kultury, że muszą zaistnieć odpowiednie warunki, żeby wymyślić narzędzie, a następnie przekazać o nim informacje innym oraz stworzyć mechanizmy transferu wiedzy między pokoleniami.

Jednym z większych źródeł informacji o narzędziach szympansów są wykopaliska z Wybrzeża Kości Słoniowej, dzięki którym wiemy, że tamtejsze szympansy korzystają z kamiennych narzędzi przynajmniej od 4300 lat. Wiemy, że nie są to pozostałości po ludziach, ponieważ były używane do rozbijania niejadalnych dla nas orzechów. Również waga sugeruje, że to nie ludzie byli ich twórcami. Nasze słabe, ludzkie ręce korzystały z precyzyjniejszych, ale lekkich narzędzi, inne naczelne łapały się nawet za kamienie ważące 9 kilogramów.

Można dojść do wniosku, że różne populacje różnych gatunków naczelnych wielokrotnie i niezależnie wchodziły w epokę kamienia i nie było to jednorazowe zachowanie któregoś z naszych bezpośrednich przodków. W historii naszej planety wielokrotnie pojawiały się i znikały populacje małp wykorzystujących narzędzia do otwierania małż, wykopywania bulw czy rozbijania orzechów.

Narzędzia wykorzystywane przez inne naczelne są prymitywne i przypominają te, z których korzystali ludzie 3,3 miliona lat temu. Pytanie o to, czemu szympansy czy makaki nie rozwinęły sztuki tworzenia lepszych narzędzi pozostaje otwarte – być może są na początku swojej drogi (ludziom stworzenie nowej kultury tworzenia narzędzi zajęło milion lat), być może istnieją obiektywne powody, dla których nie są w stanie rozpocząć formowania kamieni.

Wiemy, jakie są granice możliwości żyjących obecnie małp – uczymy je mówić, korzystać ze stworzonych przez nas przedmiotów do wykonywania skomplikowanych czynności wymagających prawdziwego rozumowania. O wiele ciekawsze jest jednak to, co zwierzęta są w stanie wymyślić same i jak mogą rozwijać swoje wynalazki.

Na podstawie BBC

Kampania przeciwko pierdoleniu robotów.

Doug_Hines_sex_robot_roxxxy

Ewoluowaliśmy daleko od czasów gumowych i dmuchanych lalek. Na rynku pojawia się coraz więcej specjalistycznych urządzeń do masturbacji, coraz lepiej odwzorowują ludzką anatomię, a postępy w rozwijaniu sztucznej inteligencji sprawiają, że już wkrótce będziemy mieli możliwość kupienia bardzo podobnych do ludzi robotów do seksu.

Ale sprawa jest niejednoznacza etycznie. Kathleen Richardson z Uniwersytetu De Montfort i Erik Billing z Uniwersytetu Skövde stworzyli „Campaign Against Sex Robots„, w ramach której przekonują, że powinniśmy walczyć ze zjawiskiem.

Odbiorcami robotów będą przede wszystkim heteroseksualni mężczyźni, a sprowadzenie relacji między kobietą i mężczyzną wyłącznie do fizyczności będzie służyło wzmacnianiu patriarchalnych postaw w społeczeństwie. Możliwość uprawiania seksu z anatomicznie poprawnym robotem nie jest obojętna dla jednostek i społeczeństw i może prowadzić do dalszego uprzedmiotowienia kobiet.

Cała sprawa sprowadza się w gruncie rzeczy do praw człowieka i stosunku sił w społeczeństwie. Nawet korzystając z usług prostytutek, mężczyźni mają kontakt z żywą osobą, nie da się pozbyć relacji emocjonalnej. W wypadku robota ta płaszczyzna znika, a to oznacza niemożliwe do przewidzenia konsekwencje psychiczne, tym bardziej zdając sobie sprawę, jak łatwo ludzie uzależniają się od czegokolwiek, co pozwala na szybkie wyprodukowanie endorfin.

Jako społeczeństwo powinniśmy skupiać się przede wszystkim na budowaniu ram do zdrowych relacji, a nie odcinać się od innych, żeby ukryć samotność pierdoląc roboty.

via MOTHERBOARD