Archiwa kategorii: Bardziej do się dowiedzenia

Brooklyn przed i po inwazji hipsterów

brooklyn2

Jeśli kiedykolwiek wynajmowaliście tanie mieszkanie w dużym mieście, znacie strach przed ludźmi, którzy zapuszczają się do Waszej dzielnicy z analogowymi aparatami na ostrych kołach. Wiecie, że za każdym muralem na rozpadającej się kamienicy czai się ogromne niebezpieczeństwo.

Nadciągają hipsterzy, a wraz z nimi wyższe czynsze, ręcznie robione lody zamiast krawcowej, dzwonienie po psiarnię, jak będziecie chcieli wypić piwko pod klatką i wyburzenia całych kwartałów, żeby postawić na nich grodzone bloki. Mielarka do miasta.

Kristy Chatelain obserwowała i fotografowała te zjawiska na Brooklynie, zestawiając ze sobą fotografie z 2009 roku, sprzed gentryfikacji i te wykonane w roku 2015.

Więcej foci pod linkiem. Kristy Chatelain, Brooklyn Changing.

via Wired

brooklyn1

O pilocie, który na kilka godzin przejął hawajską wyspę, kiedy rozbił się po ataku na Pearl Harbor

Niihau_sep_2007

Shigenori Nishikaichi był japońskim pilotem, który uczestniczył w ataku na Pearl Harbor. Kiedy jego samolot został uszkodzony, wylądował awaryjnie na liczącej 140 mieszkańców hawajskiej wyspie Ni’ihau i po zdobyciu broni – przez kilka godzin ją okupował.

Nishikachi rozbił się niedaleko domu Hawili Kaleohano, który nie wiedział nic o wojnie, ale zdawał sobie sprawę z napiętych relacji amerykańsko-japońskich, więc odebrał nieprzytomnemu pilotowi broń oraz papiery. Wieczorem zorganizowano dla pilota tradycyjne przyjęcie. Aby porozumieć się z pilotem, mieszkańcy sprowadzili mieszkającą na wyspie od kilku dekad rodzinę Harada, ale ci nie przetłumaczyli informacji o wojnie. Zrobili to dopiero następnego dnia, kiedy wszyscy usłyszeli już o niej przez radio. Nishikaichi został zaaresztowany w domu Kaleohano, a następnie przeniesiony do domu Haradów.

Shigenori_Nishikaichi,_The_Niihau_Incident

Haradowie postanowili pomóc jeńcowi, po obezwładnieniu strażnika przekazali mu pistolet oraz strzelbę z garażu, ale Nishikaichi był zdeterminowany, żeby odzyskać papiery, pośród których znajdowały się ważne z punktu widzenia wojny informacje.

Całe zajście ze sławojki obserwował Kaleohano, który następnie zbiegł, aby w środku nocy popłynąć łodzią ratunkową na sąsiednią wyspę po pomoc, co wymagało 10 godzin wiosłowania.

W tym czasie Nishikaichi wspólnie z Haradą wzięli zakładników i kazali im szukać Kaleohano. Jednym z zakładników był Ben Kanahele, który wykorzystał chwilę nieuwagi, kiedy pilot oddawał Haradzie strzelbę i rzucił się na Japończyka. Nishikaichi zdążył postrzelić Kanahelę trzy razy, ale pomimo ran ten był w stanie rzucić pilotem o mur. Żona Kanahelego rozbiła Nishikaichiemu głowę, a na koniec Kanahele podciął mu gardło. Widząc sytuację, Harada popełnił samobójstwo.

Finał historii był tragiczny dla dziesiątek tysięcy ludzi. Histeria, która wybuchła po incydencie na Ni’ihau była jedną z przyczyn uchwalenia na początku 1942 prawa, które pozwoliło na osadzenie ponad stu tysięcy Amerykanów japońskiego pochodzenia w obozach koncentracyjnych. Pod pozorem ochrony Zachodniego Wybrzeża (na Ni’ihau małżeństwo Haradów stanowiło 2/3 populacji japońskiego pochodzenia) przesiedlono większość osób o korzeniach japońskich do obozów za Kordylierami. Co ciekawe – podobny los nie spotkał Amerykanów japońskiego pochodzenia na Hawajach, chociaż prawdziwe zagrożenie było praktycznie tylko tam.

Posłuchajcie o całej historii w świetnym podcaście Futility Closet

zdj wyspy: CC BY-SA Christopher P. Becker

Opuszczony kościół w kształcie kury głęboko w lesie w Indonezji

gerejaayam2wisbenbae

Pod koniec lat ’80 Daniel Alamsjah miał sen, w którym otrzymał nakaz wybudowania kościoła w kształcie gołębia. Mężczyzna wybrał sobie wzgórze niedaleko miasteczka Magelang i rozpoczął prace.

Budynek miał służyć ludziom wszystkich wyznań, a na jednym z jego poziomów stworzono centrum pomocy dla osób uzależnionych.

Da się znaleźć też inne historie powstania budowli i ciężko zweryfikować, która jest prawdziwa, ale jedno nie podlega dyskusji – na środku lasu na Jawie stoi wielki, opuszczony kościół w kształcie kury z oznaczeniami Luftwaffe na plecach.

Więcej foci na My Modern Met

 

Kanadyjskie jezioro, które spadnie z klifu za kilka tygodni.

this-lake-in-canadas-north-is-about-to-fall-off-a-cliff-literally-body-image-1437682283

Już za kilka tygodni, wczesną jesienią, jedno z jezior na Terytoriach Północno-Zachodnich w Kanadzie spadnie z klifu. Na skutek intensywnych deszczów, topnienia wiecznej zmarzliny i zmian klimatycznych, przyspiesza erozja gruntów. W tym konkretnym wypadku we wzniesienie, na którym znajduje się jezioro wżyna się klif.  Od 1940 roku średnia temperatura w regionie wzrosła o kilka stopni, co przyspieszyło zmiany geologiczne.

Jezioro, któremu grozi katastroficzny drenaż nie zagraża żadnemu osiedlu, ale procesy, które doprowadziły do erozji klifu mają negatywny wpływ na środowisko. Powstają wielkie obszary błota, w którym grzęzną i umierają zwierzęta, zanieczyszczenie i zamulenie czystych rzek polodowcowych osadami z jezior prowadzi do wymierania ryb.

źródło: VICE News

untitled-article-1437677819

 

Po wyczerpaniu zapasu części zamiennych, psy-roboty Sony zaczynają umierać.

aibo

„Znaczenie pogrzebu tego Aibo płynie z faktu, że rozumiemy, że wszystko jest połączone. Żywe i nieżywe nie są od siebie rozdzielone na tym świecie. Musimy spojrzeć głębiej, żeby zobaczyć ich połączenie.”

Między 1999 i 2006 rokiem Sony wyprodukowało i sprzedało 150 tysięcy psów-robotów Aibo, które stały się ważną częścią życia wielu rodzin, zwłaszcza w Japonii. Ludzie przywiązywali się do nich jak do prawdziwych zwierząt, wychowywali je przez wiele lat, uczyli je, a Aibo zachowywały się różnie w zależności od sposobu, w jaki się z nimi obchodzono.

Na skutek braku części, Sony zamknęło w 2014 roku centrum naprawcze dla Aibo, a ich właściciele musieli pogodzić się z faktem, że w wypadku awarii, maszyna może już nigdy nie odzyskać sprawności.

Wciąż funkcjonują warsztaty zajmujące się naprawą maszyn, ale nie będą w stanie utrzymać robotów w dobrym stanie na zawsze – części muszą pochodzić z innych Aibo, co oznacza kanibalizację kolejnych egzemplarzy i przybliża czas, w którym Aibo zupełnie wyginą.

W dokumencie The New York Times pokazany został pogrzeb Aibo, których naprawa okazała się niemożliwa oraz historie osób, które wciąż mają działające egzemplarze.

Dokument oraz dłuższa historia w New York Times.

Po wypompowaniu wody spod Ziemi, Kalifornia zapadła się o trzy piętra

Zdjęcie pokazuje, gdzie kiedyś był poziom gruntu w miasteczku Mendota w Kaliforni. Po wypompowaniu wody z ziemi w 50 lat cała okolica zapadła się o dziesięć metrów. Chociaż w latach ’70 podjęto gigantyczne prace nad systemem kanałów, który doprowadzał wodę z innych terenów, badania z 2012 roku pokazują, że proces nie zwolnił, tempo zmian poziomu gruntu osiągnęło poziomy porównywalne z rekordowymi latami ’60 i prowadzi do ogromnych zniszczeń – rozpadają się mosty, drogi, tamy.

w704

W latach ’20 XX wieku Kalifornia zaczęła przekształcać się w główne źródło żywności dla całych Stanów Zjednoczonych. Nie było zbyt wiele wody padającej z nieba, a wszystko dookoła przypominało raczej pustynię, ale pod ziemią wody było pod dostatkiem. Rozpoczęto wypompowywanie jej w celu podlewania upraw.

Zapadający się w przestrzeń po wodzie grunt tworzył ogromne leje, były na tyle duże, że ludzie nie wiedzieli, że w nich mieszkają – ciągnęły się na dziesiątki kilometrów, nie różniły się od horyzontu. Obecnie zjawisko powróciło, niektóre obszary zapadają się w tempie pół metra na rok.

Obszary obniżania się gruntu są tak duże, że gołym okiem nie zobaczy się spektakularnych pęknięć i dziur, ale porównanie zdjęć z różnych okresów pokazuje, jak duże są różnice – mosty, które kilka lat temu znajdowały się nad wodą, obecnie są już przez nią zalewane, nad ziemię zaczynają wystawać fundamenty budynków.

Revealnews via boingboing

Ścieżka rowerowa z paneli słonecznych nie jest sukcesem, dajcie temu już spokój, drogi z paneli słonecznych to zły pomysł i kropka.

1bc511eb1

Świat obiegła informacja o ścieżce rowerowej z Holandii, która ma zrewolucjonizować pozyskiwanie energii ze Słońca. Po pół roku wielki hajp, przekroczenie zakładanych wyników i tak dalej.

Po pierwsze – dlaczego panele słoneczne w drogach są złym pomysłem. Generują mniej energii z powodu horyzontalnego ułożenia (-20 do 30%); promieniowanie jest pochłaniane przez chroniącą je szybkę (-10 do 15%); są kilkakrotnie droższe w zakupie i prawdopodobnie znacznie droższe w utrzymaniu; nagrzewają się bardziej, co obniża ich efektywność. W sumie będzie obniżenie efektywności o połowę. Mniejsza skuteczność przy większych kosztach – interes życia. Panele powinny pozostać tam, gdzie ich miejsce – na dachach. //Dłuższą krytykę znajdziecie w starszym artykule.//

A wracając do holenderskiej ścieżki. Przede wszystkim, pół roku temu ogłoszono, że ścieżka miała generować 25kWh/m^2. Wygenerowała dokładnie tyle, jeśli był jakikolwiek wzrost, był marginalny.

Ile generowały panele ustawione na dachach kilka kilometrów od ścieżki? Prawie dwa razy więcej energii, średnio 47kWh/m^2. Kolejna rzecz – ścieżka wygenerowała energię wartą ok. 1000$ rocznie. Kosztowała cztery miliony. Powodzenia z czekaniem cztery tysiące lat na zwrot inwestycji.

Pakowanie paneli słonecznych pod ziemię to wciąż zły pomysł, jest nieefektywne, droższe i skrajnie bezsensowne. O wiele lepszym pomysłem jest montowanie lepszych, tańszych i efektywniejszych paneli na dachach. Albo nad drogami. Albo obok dróg. Ale nie pod nimi. Wyliczenia i szczegóły – w filmie.

Burmistrz Ankary zbudował wielkiego robota z granitu, kazał wszystkim „respektować robota”

n_80743_1

Burmistrz Ankary Melih Gökçek zbudował w mieście granitowy, sześciometrowy pomnik robota. Nie spodobało się to mieszkańcom, zwłaszcza, że wszystko zostało sfinansowane ze środków publicznych. Lokalne stowarzyszenie architektów i inżynierów złożyło zawiadomienie do prokuratury.

Burmistrz zbył sprawę, stwierdził, że granitowa głowa robota jest mądrzejsza od całego stowarzyszenia i kazał wszystkim „respektować robota”.

Fuckin’-A, man!

Robot powstał jako element promocji nowego parku rozrywki w pobliżu stolicy Turcji.

źródło: Independent

Dyzenteria wraca dzięki opornym na antybiotyki bakteriom.

dyzenteria

Dzięki waszym antybakteryjnym mydełkom i żelom do rąk, już wkrótce będziemy mogli na powrót poczuć ducha pionierów zmierzających na zachód przez Oregon. Dyzenteria zyskała oporność na leki i z wielką pompą (POMPĄ! Czaicie? To śmieszne, bo mowa o kilku litrach biegunki dziennie) wraca w USA.

Choroba powodowana przez bakterie shigella była powszechna pośród podróżujących osób i leczona antybiotykami, ale jej nowy oporny na leki szczep właśnie zagościł na stałe w trzech stanach w USA, atakując środowisko bezdomnych, narażone są również dzieci.

Żeby walczyć z zagrożeniem, Center for Disease Control zaleca m.in. ograniczenia w przepisywaniu cyprofloksacyny przy delikatnych objawach – jako jedno ze źródeł problemu zidentyfikowano fakt, że pacjenci nie kończą pełnego okresu leczenia antybiotykami, przez co w ich organizmach przeżywają te osobniki bakterii, które były bardziej oporne na lek, przez co stopniowo powstają superbakterie. Bezpieczniej dla wszystkich będzie, jeśli lekko chorym po prostu pozwoli się przez kilka dni popracować na oba końce.

Następnym razem, kiedy postanowicie, że antybiotyk na dwa dni jest dobrym pomysłem przy katarku, a mydło musi zabijać bakterie, miejcie na uwadze, że szykujecie się i wszystkich dookoła na powtórkę z całkiem dobrej gry, w której oprócz naprawiania kół w wozie, spędzało się dużo czasu chorując i umierając.

via Gizmodo

Kiedy kartografowie zastawiają pułapki na kartografów, powstają nowe miasta

agloe

Jak złapać kartografów, którzy kopiują cudzą pracę, zamiast wykonać ją własną kartograficzną pracą? Mapa ma za zadanie oddawać rzeczywistość, raczej spodziewamy się, że mapy stworzone przez osobne zespoły będą identyczne. Ciężko zarzucić komuś, że ukazał teren identycznie jak my sami, zwłaszcza jeśli obowiązuje nas ta sama kartograficzna konwencja.

Chyba, że ich twórcy zaczną wymyślać miejsca, żeby złapać tych, którzy od wizyty w terenie wolą kalkę.

W latach ’30 Otto Lindberg i Ernest Alpers umieścili fikcyjne miasto Agloe na kawałku pustej, nieuczęszczanej drogi w stanie Nowy Jork. Kiedy kilkadziesiąt lat później zauważyli miejscowość na mapach wydawanych przez Rand McNally byli przekonani, że firma zerżnęła ich pracę i wpadła w ich misterną pułapkę. Nie udało im się jednak odtrąbić zwycięstwa – na skrzyżowaniu, na którym miało istnieć fikcyjne Agloe znajdowało się prawdziwe Agloe. Stał tam sklep „Agloe General Store”, a skąd miałby wziąć nazwę, jeśli nie od prawdziwej miejscowości?

W jaki sposób żart się zmaterializował? Kiedy właściciele sklepu wybierali nazwę, korzystali z mapy kupionej na stacji benzynowej Esso, która kupiła z kolei mapy od Lindberga. Nie mając powodu, żeby nie ufać mapie, nazwali swój sklep nazwą fikcyjnej miejscowości, w której byli przekonani, że się znajdują. Rand McNally zostało uwolnione od jakichkolwiek zarzutów, w końcu poprawnie oddali stan rzeczy.

Kiedy sklep został zamknięty, nazwa pozostała. Agloe zostało usunięte z map Google (które na skutek serii przejęć na przestrzeni kilku dekad stało się posiadaczem praw do map Lindberga) dopiero na początku 2014 roku.

via NPR