Archiwa kategorii: Bardziej do się zastanowienia

Kampania przeciwko pierdoleniu robotów.

Doug_Hines_sex_robot_roxxxy

Ewoluowaliśmy daleko od czasów gumowych i dmuchanych lalek. Na rynku pojawia się coraz więcej specjalistycznych urządzeń do masturbacji, coraz lepiej odwzorowują ludzką anatomię, a postępy w rozwijaniu sztucznej inteligencji sprawiają, że już wkrótce będziemy mieli możliwość kupienia bardzo podobnych do ludzi robotów do seksu.

Ale sprawa jest niejednoznacza etycznie. Kathleen Richardson z Uniwersytetu De Montfort i Erik Billing z Uniwersytetu Skövde stworzyli „Campaign Against Sex Robots„, w ramach której przekonują, że powinniśmy walczyć ze zjawiskiem.

Odbiorcami robotów będą przede wszystkim heteroseksualni mężczyźni, a sprowadzenie relacji między kobietą i mężczyzną wyłącznie do fizyczności będzie służyło wzmacnianiu patriarchalnych postaw w społeczeństwie. Możliwość uprawiania seksu z anatomicznie poprawnym robotem nie jest obojętna dla jednostek i społeczeństw i może prowadzić do dalszego uprzedmiotowienia kobiet.

Cała sprawa sprowadza się w gruncie rzeczy do praw człowieka i stosunku sił w społeczeństwie. Nawet korzystając z usług prostytutek, mężczyźni mają kontakt z żywą osobą, nie da się pozbyć relacji emocjonalnej. W wypadku robota ta płaszczyzna znika, a to oznacza niemożliwe do przewidzenia konsekwencje psychiczne, tym bardziej zdając sobie sprawę, jak łatwo ludzie uzależniają się od czegokolwiek, co pozwala na szybkie wyprodukowanie endorfin.

Jako społeczeństwo powinniśmy skupiać się przede wszystkim na budowaniu ram do zdrowych relacji, a nie odcinać się od innych, żeby ukryć samotność pierdoląc roboty.

via MOTHERBOARD

Jak roboty mogą unikać przemocy ze strony dzieci?

abuse

Ludzkie zachowanie jest przerażająco przewidywalne. Na podstawie prędkości, kierunku oraz ilości osób w otoczeniu można z dużą dokładnością wskazać, które z dzieci zaatakują robota krążącego po centrum handlowym.

Naukowcy z Uniwersytetu w Osace postanowili zbadać, w jaki sposób roboty mogą uniknąć zagrożenia ze strony dzieci w pracy „Escaping from Children’s Abuse of Social Robots”.

Robovie 2 to maszyna mająca ułatwiać zakupy. Nosi koszyk, wskazuje, gdzie znajdują się pewne produkty, przypomina o liście potrzebnych rzeczy. Poza tym krąży po okolicy, a kiedy na jego drodze stanie człowiek – uprzejmie prosi o przesunięcie się. Większość ludzi nie ma nic przeciwko, ale roboty są bardzo często uszkadzane przez dzieci.

W związku z tym postanowiono zbadać warunki, w których dochodzi do użycia wobec robota przemocy, żeby opracować dla niego nowe algorytmy poruszania się – takie, które pozwolą mu w ogóle unikać sytuacji, w których znajduje się w zagrożeniu.

Symulacje pokazały, że dzieci chętnie podbiegały do robota bez złych intencji, ale każda chwila spędzona w jego pobliżu zwiększała szansę celowego blokowania trasy, kopania go lub rzucania w niego przedmiotami. Dołączenie do zabawy kolejnego dziecka zwiększało szansę na znęcanie się z 7% do 13%. Z drugiej strony, zagrożenie spada, kiedy w pobliżu znajduje się osoba dorosła,  lub rośnie zagęszczenie ludzi.

Pozwoliło to stworzyć nowe zasady poruszania się – robot nieustannie monitoruje, czy grozi mu uszkodzenie na podstawie danych o osobach powyżej i poniżej 140cm w jego otoczeniu. Reaguje na pojawianie się większej liczby dzieci, zmienia trasę, jeśli oznaczałaby, że do już znajdujących się obok niego osób dołączą kolejne.

Brooklyn przed i po inwazji hipsterów

brooklyn2

Jeśli kiedykolwiek wynajmowaliście tanie mieszkanie w dużym mieście, znacie strach przed ludźmi, którzy zapuszczają się do Waszej dzielnicy z analogowymi aparatami na ostrych kołach. Wiecie, że za każdym muralem na rozpadającej się kamienicy czai się ogromne niebezpieczeństwo.

Nadciągają hipsterzy, a wraz z nimi wyższe czynsze, ręcznie robione lody zamiast krawcowej, dzwonienie po psiarnię, jak będziecie chcieli wypić piwko pod klatką i wyburzenia całych kwartałów, żeby postawić na nich grodzone bloki. Mielarka do miasta.

Kristy Chatelain obserwowała i fotografowała te zjawiska na Brooklynie, zestawiając ze sobą fotografie z 2009 roku, sprzed gentryfikacji i te wykonane w roku 2015.

Więcej foci pod linkiem. Kristy Chatelain, Brooklyn Changing.

via Wired

brooklyn1

O pilocie, który na kilka godzin przejął hawajską wyspę, kiedy rozbił się po ataku na Pearl Harbor

Niihau_sep_2007

Shigenori Nishikaichi był japońskim pilotem, który uczestniczył w ataku na Pearl Harbor. Kiedy jego samolot został uszkodzony, wylądował awaryjnie na liczącej 140 mieszkańców hawajskiej wyspie Ni’ihau i po zdobyciu broni – przez kilka godzin ją okupował.

Nishikachi rozbił się niedaleko domu Hawili Kaleohano, który nie wiedział nic o wojnie, ale zdawał sobie sprawę z napiętych relacji amerykańsko-japońskich, więc odebrał nieprzytomnemu pilotowi broń oraz papiery. Wieczorem zorganizowano dla pilota tradycyjne przyjęcie. Aby porozumieć się z pilotem, mieszkańcy sprowadzili mieszkającą na wyspie od kilku dekad rodzinę Harada, ale ci nie przetłumaczyli informacji o wojnie. Zrobili to dopiero następnego dnia, kiedy wszyscy usłyszeli już o niej przez radio. Nishikaichi został zaaresztowany w domu Kaleohano, a następnie przeniesiony do domu Haradów.

Shigenori_Nishikaichi,_The_Niihau_Incident

Haradowie postanowili pomóc jeńcowi, po obezwładnieniu strażnika przekazali mu pistolet oraz strzelbę z garażu, ale Nishikaichi był zdeterminowany, żeby odzyskać papiery, pośród których znajdowały się ważne z punktu widzenia wojny informacje.

Całe zajście ze sławojki obserwował Kaleohano, który następnie zbiegł, aby w środku nocy popłynąć łodzią ratunkową na sąsiednią wyspę po pomoc, co wymagało 10 godzin wiosłowania.

W tym czasie Nishikaichi wspólnie z Haradą wzięli zakładników i kazali im szukać Kaleohano. Jednym z zakładników był Ben Kanahele, który wykorzystał chwilę nieuwagi, kiedy pilot oddawał Haradzie strzelbę i rzucił się na Japończyka. Nishikaichi zdążył postrzelić Kanahelę trzy razy, ale pomimo ran ten był w stanie rzucić pilotem o mur. Żona Kanahelego rozbiła Nishikaichiemu głowę, a na koniec Kanahele podciął mu gardło. Widząc sytuację, Harada popełnił samobójstwo.

Finał historii był tragiczny dla dziesiątek tysięcy ludzi. Histeria, która wybuchła po incydencie na Ni’ihau była jedną z przyczyn uchwalenia na początku 1942 prawa, które pozwoliło na osadzenie ponad stu tysięcy Amerykanów japońskiego pochodzenia w obozach koncentracyjnych. Pod pozorem ochrony Zachodniego Wybrzeża (na Ni’ihau małżeństwo Haradów stanowiło 2/3 populacji japońskiego pochodzenia) przesiedlono większość osób o korzeniach japońskich do obozów za Kordylierami. Co ciekawe – podobny los nie spotkał Amerykanów japońskiego pochodzenia na Hawajach, chociaż prawdziwe zagrożenie było praktycznie tylko tam.

Posłuchajcie o całej historii w świetnym podcaście Futility Closet

zdj wyspy: CC BY-SA Christopher P. Becker

Po wyczerpaniu zapasu części zamiennych, psy-roboty Sony zaczynają umierać.

aibo

„Znaczenie pogrzebu tego Aibo płynie z faktu, że rozumiemy, że wszystko jest połączone. Żywe i nieżywe nie są od siebie rozdzielone na tym świecie. Musimy spojrzeć głębiej, żeby zobaczyć ich połączenie.”

Między 1999 i 2006 rokiem Sony wyprodukowało i sprzedało 150 tysięcy psów-robotów Aibo, które stały się ważną częścią życia wielu rodzin, zwłaszcza w Japonii. Ludzie przywiązywali się do nich jak do prawdziwych zwierząt, wychowywali je przez wiele lat, uczyli je, a Aibo zachowywały się różnie w zależności od sposobu, w jaki się z nimi obchodzono.

Na skutek braku części, Sony zamknęło w 2014 roku centrum naprawcze dla Aibo, a ich właściciele musieli pogodzić się z faktem, że w wypadku awarii, maszyna może już nigdy nie odzyskać sprawności.

Wciąż funkcjonują warsztaty zajmujące się naprawą maszyn, ale nie będą w stanie utrzymać robotów w dobrym stanie na zawsze – części muszą pochodzić z innych Aibo, co oznacza kanibalizację kolejnych egzemplarzy i przybliża czas, w którym Aibo zupełnie wyginą.

W dokumencie The New York Times pokazany został pogrzeb Aibo, których naprawa okazała się niemożliwa oraz historie osób, które wciąż mają działające egzemplarze.

Dokument oraz dłuższa historia w New York Times.

Po wypompowaniu wody spod Ziemi, Kalifornia zapadła się o trzy piętra

Zdjęcie pokazuje, gdzie kiedyś był poziom gruntu w miasteczku Mendota w Kaliforni. Po wypompowaniu wody z ziemi w 50 lat cała okolica zapadła się o dziesięć metrów. Chociaż w latach ’70 podjęto gigantyczne prace nad systemem kanałów, który doprowadzał wodę z innych terenów, badania z 2012 roku pokazują, że proces nie zwolnił, tempo zmian poziomu gruntu osiągnęło poziomy porównywalne z rekordowymi latami ’60 i prowadzi do ogromnych zniszczeń – rozpadają się mosty, drogi, tamy.

w704

W latach ’20 XX wieku Kalifornia zaczęła przekształcać się w główne źródło żywności dla całych Stanów Zjednoczonych. Nie było zbyt wiele wody padającej z nieba, a wszystko dookoła przypominało raczej pustynię, ale pod ziemią wody było pod dostatkiem. Rozpoczęto wypompowywanie jej w celu podlewania upraw.

Zapadający się w przestrzeń po wodzie grunt tworzył ogromne leje, były na tyle duże, że ludzie nie wiedzieli, że w nich mieszkają – ciągnęły się na dziesiątki kilometrów, nie różniły się od horyzontu. Obecnie zjawisko powróciło, niektóre obszary zapadają się w tempie pół metra na rok.

Obszary obniżania się gruntu są tak duże, że gołym okiem nie zobaczy się spektakularnych pęknięć i dziur, ale porównanie zdjęć z różnych okresów pokazuje, jak duże są różnice – mosty, które kilka lat temu znajdowały się nad wodą, obecnie są już przez nią zalewane, nad ziemię zaczynają wystawać fundamenty budynków.

Revealnews via boingboing

Ścieżka rowerowa z paneli słonecznych nie jest sukcesem, dajcie temu już spokój, drogi z paneli słonecznych to zły pomysł i kropka.

1bc511eb1

Świat obiegła informacja o ścieżce rowerowej z Holandii, która ma zrewolucjonizować pozyskiwanie energii ze Słońca. Po pół roku wielki hajp, przekroczenie zakładanych wyników i tak dalej.

Po pierwsze – dlaczego panele słoneczne w drogach są złym pomysłem. Generują mniej energii z powodu horyzontalnego ułożenia (-20 do 30%); promieniowanie jest pochłaniane przez chroniącą je szybkę (-10 do 15%); są kilkakrotnie droższe w zakupie i prawdopodobnie znacznie droższe w utrzymaniu; nagrzewają się bardziej, co obniża ich efektywność. W sumie będzie obniżenie efektywności o połowę. Mniejsza skuteczność przy większych kosztach – interes życia. Panele powinny pozostać tam, gdzie ich miejsce – na dachach. //Dłuższą krytykę znajdziecie w starszym artykule.//

A wracając do holenderskiej ścieżki. Przede wszystkim, pół roku temu ogłoszono, że ścieżka miała generować 25kWh/m^2. Wygenerowała dokładnie tyle, jeśli był jakikolwiek wzrost, był marginalny.

Ile generowały panele ustawione na dachach kilka kilometrów od ścieżki? Prawie dwa razy więcej energii, średnio 47kWh/m^2. Kolejna rzecz – ścieżka wygenerowała energię wartą ok. 1000$ rocznie. Kosztowała cztery miliony. Powodzenia z czekaniem cztery tysiące lat na zwrot inwestycji.

Pakowanie paneli słonecznych pod ziemię to wciąż zły pomysł, jest nieefektywne, droższe i skrajnie bezsensowne. O wiele lepszym pomysłem jest montowanie lepszych, tańszych i efektywniejszych paneli na dachach. Albo nad drogami. Albo obok dróg. Ale nie pod nimi. Wyliczenia i szczegóły – w filmie.

Miasteczko, w którym stoi model miasteczka, w którym stoi model modelu miasteczka, w którym stoi model modelu modelu miasteczka, w którym stoi model modelu modelu modelu miasteczka.

W miasteczku Bourton-on-the-water stoi model miasteczka Bourton-on-the-water. Jako, że model miasteczka Bourton-on-the-water znajduje się w miasteczku Bourton-on-the-water, model modelu miasteczka Bourton-on-the-water musi znajdować się w modelu miasteczka Bourton-on-the-water.

klv58yS

A co znajduje się w modelu modelu miasteczka Bourton-on-the-water? Mieszkańcy miasteczka Bourton-on-the-water biorą na poważnie rzeczywistość. W związku z tym w modelu modelu miasteczka Bourton-on-the-water znajduje się model modelu modelu miasteczka Bourton-on-the-water. Ale skoro w modelu modelu miasteczka Bourton-on-the-water znajduje się model modelu modelu miasteczka Bourton-on-the-water, w modelu modelu modelu miasteczka Bourton-on-the-water nie może zabraknąć modelu modelu modelu modelu miasteczka Bourton-on-the-water.

Wszystko to w miasteczku Bourton-on-the-water. Zdjęcia kolejności incepcji na imgurze.

vN3tnhE

(PS. po 20 minutach myślenia, rysowania i próby zrozumienia poziomu modelu modelu modelu stwierdziłem, że generalnie mam wyjebane. Mam nadzieję, że trafiłem. Jeśli nie, poprawcie i dostaniecie paczkę żelek za poprawkę. Odpokutowałem błędy ani razu nie kopiując nazwy miasteczka Bourton-on-the-water.)

Dyzenteria wraca dzięki opornym na antybiotyki bakteriom.

dyzenteria

Dzięki waszym antybakteryjnym mydełkom i żelom do rąk, już wkrótce będziemy mogli na powrót poczuć ducha pionierów zmierzających na zachód przez Oregon. Dyzenteria zyskała oporność na leki i z wielką pompą (POMPĄ! Czaicie? To śmieszne, bo mowa o kilku litrach biegunki dziennie) wraca w USA.

Choroba powodowana przez bakterie shigella była powszechna pośród podróżujących osób i leczona antybiotykami, ale jej nowy oporny na leki szczep właśnie zagościł na stałe w trzech stanach w USA, atakując środowisko bezdomnych, narażone są również dzieci.

Żeby walczyć z zagrożeniem, Center for Disease Control zaleca m.in. ograniczenia w przepisywaniu cyprofloksacyny przy delikatnych objawach – jako jedno ze źródeł problemu zidentyfikowano fakt, że pacjenci nie kończą pełnego okresu leczenia antybiotykami, przez co w ich organizmach przeżywają te osobniki bakterii, które były bardziej oporne na lek, przez co stopniowo powstają superbakterie. Bezpieczniej dla wszystkich będzie, jeśli lekko chorym po prostu pozwoli się przez kilka dni popracować na oba końce.

Następnym razem, kiedy postanowicie, że antybiotyk na dwa dni jest dobrym pomysłem przy katarku, a mydło musi zabijać bakterie, miejcie na uwadze, że szykujecie się i wszystkich dookoła na powtórkę z całkiem dobrej gry, w której oprócz naprawiania kół w wozie, spędzało się dużo czasu chorując i umierając.

via Gizmodo