Dlaczego nie musisz obawiać się Eboli

ebola_micrograph_0

W Afryce Zachodniej ma właśnie miejsce największa epidemia Eboli w historii świata. Zarażonych zostało już ponad tysiąc osób, śmiertelność wynosi ok 60%. To mniej niż podczas poprzednich epidemii (w 1976 zmarło 280 spośród 318 chorych, co oznacza 88% śmiertelność), ale proporcja ta jest wciąż zatrważająca. Hiszpanka z 1918 roku, chociaż zabiła 3-5% populacji Ziemi, miała śmiertelność na poziomie 10-20%.

Gorączka krwotoczna Ebola powodowana przez wirusa Ebola nie ma jednak potencjału niezbędnego do wywołania globalnej pandemii. Chociaż doskonale radzi sobie z zabijaniem nosicieli, którzy należą do rzędu naczelnych (najmocniejsza teoria mówi, że ludzie łapią Ebolę na skutek kontaktu z trupami chorych goryli i szympansów, które z kolei zarażają się od nietoperzy), to transmisja i rozprzestrzenianie są dla Eboli bardzo trudne w nowym, ludzkim środowisku. Zabija nas za szybko, zaraża za wolno.

Wirus nie jest w stanie rozprzestrzeniać się drogą kropelkową, zarazić się można wyłącznie poprzez bezpośredni kontakt z płynami ustrojowymi. To doskonałe wieści, które oznaczają, że do zakażenia może dojść już po wystąpieniu symptomów Eboli. Dopiero po kilkunastu dniach od zakażenia zaczynają występować krwawienie czy wymioty. Prawdą jest, że wystarczy mikroskopijna kropla śliny czy krwi na dowolnej śluzówce (w oku, nosie, ustach), żeby doszło do zakażenia, ale symptomy wyprzedzają zarażanie, co pozwala na skuteczną izolację i leczenie chorych. Ebola ma szansę rozprzestrzeniać się tylko tam, gdzie nie istnieje skuteczna służba zdrowia. W Europie jesteśmy bezpieczni, grożą nam wyłącznie pojedyncze przypadki pośród turystów i imigrantów, które nie będą groźne dla całych populacji. Nie można jednak wykluczyć, że pojawią się szczepy wirusa, które będą zachowywały się inaczej, np. uzyskają możliwość kropelkowej transmisji pomiędzy naczelnymi, w tym pomiędzy ludźmi. Wtedy możemy mieć przerąbane.

Obawa przed transmisją drogą kropelkową jest łatwa do zrozumienia, kiedy spojrzymy na SARS lub dowolną grypę. Choroby te rozprzestrzeniają się jeszcze przed wystąpieniem jakichkolwiek symptomów (przeczytajcie artykuł o tym, jak epidemia SARS rozpoczęła się na 9 pietrze hotelu w Hong Kongu), co utrudnia lub uniemożliwia prewencję. Dlatego pomimo śmiertelności niższej o rzędy wielkości, są o wiele groźniejsze – każde z nas może zarazić dziesiątki lub setki osób, zanim dostaniemy kataru czy gorączki. Szczęśliwie, dzięki niesamowitemu wysiłkowi i międzynarodowej koordynacji udało się zażegnać zarówno SARS, jak i kilka gryp, które przeskoczyły na nas ze zwierząt hodowlanych w ostatnich latach.

Ostatnie zdanie odczytujcie, jak chcecie – to zarówno zwrócenie uwagi na fakt, że potrafimy kontrolować choroby, jak i ostrzeżenie, że raz może nam się nie udać i będziemy mieli powtórkę z 1918.

źródło: „Spillover: Animal Infections and the Next Human Pandemic”, David Quammen, Wikipedia

Dodaj komentarz