/pol/Lewica nie powinna mieć propozycji dla przedsiębiorców

Nie jest zadaniem lewicy, żeby mieć cokolwiek do zaoferowania przedsiębiorcom. Przedsiębiorczość jest wartością, która nie pasuje do lewicowych programów politycznych, jest niekompatybilna z ich etyczną podstawą bytu. To postawa indywidualistyczna i konkurencyjna, która zakłada, że zwycięzca bierze wszystko. To idea mocno zakorzeniona w społeczeństwie, ale obca kolektywnym i solidarnym ideałom.

A chociaż programy wyborcze mają doraźny charakter i muszą podlegać PRowym wpływom, w długim terminie konieczne jest posiadanie jasno zdefiniowanego systemu etycznego, żeby własna wizja polityczna przetrwała i pozwoliła zdobyć władzę. I program musi wynikać właśnie z tego systemu etycznego i jasno określonych wartości.

Bez głębokiego zakorzenienia w socjalistycznych ideałach, nawet w krótkim terminie lewica będzie po prostu niewiarygodna. Mówiąc o zrozumieniu i chęci pomocy przedsiębiorcom raczej nie znajdzie u nich posłuchu – mają oni znacznie lepszych reprezentantów, a antypaństwowy etos przedsiębiorczości i biznesu zupełnie nie pasuje do programu politycznego lewicowych partii.

Jest to przegrana w przedbiegach. Po co w ogóle startować na cudzych warunkach? To nie przejaw racjonalizmu i zrozumienia realpolitik – to brak wizji rozwoju lewicy. Lewica nigdy nie zbuduje swojej pozycji dzięki poparciu biznesu, więc nie ma sensu, żeby pochylała się nad przedsiębiorcami.

Jaką wartość ma działalność gospodarcza?

W tym miejscu, dla osób, które postanowiły doczytać jeden akapit, zanim rzuciły się do komentarzy, należy wyjaśnić, dlaczego mówiąc o porzuceniu interesów przedsiębiorców, nie mam na myśli porzucenia interesów ludzi, którzy obecnie zarabiają na życie, prowadząc działalność gospodarczą.

Post dotyczy systemów organizacji pracy, podziału i kontroli kapitału. Przedsiębiorca w Polsce może być osobą fizyczną, ma kochającą rodzinę i dzieci do wyżywienia, posiada wrodzone prawa opisane w Deklaracji Praw Człowieka, ale mowa o perspektywie systemu gospodarczego. A z tej perspektywy przedsiębiorca to byt, który działa samodzielnie na rynku i wobec społeczeństwa, żeby maksymalizować swój zysk.

Cechuje się indywidualną odpowiedzialnością wobec świata i rynku – sam musi radzić sobie wobec sił znacznie większych od niego, na które nie ma wpływu, ale z kolei zgarnia wszystkie zyski, jeśli będzie miał szczęście i uda się je osiągnąć. Może korzystać również z pracy innych ludzi, żeby czerpać z niej korzyści. To system przenoszący całe ryzyko na jednostkę i odbierający społeczeństwu wpływ na środki produkcji. Przedsiębiorczość w swojej istocie jest indywidualna, konkurencyjna i niedemokratyczna. I stoi w bezpośredniej opozycji do ideałów solidarności i równości.

Oczywiście, system podatkowy, wsparcie dla pracowników i cały szereg funkcji państwa opiekuńczego – o ile istnieją – tępią krańcowe tendencje przedsiębiorczości. Ale to działanie po fakcie, kiedy już pojawią się zyski, kiedy pojawi się wyzysk pracowników, kiedy upadną już inni, którzy również chcieli sprobować przedsiębiorczości, ale im się nie powiodło. Systemy zabezpieczenia istnieją, żeby minimalizować negatywne skutki po tym, kiedy te już wystąpią.

Działalność gospodarcza rozbiła gospodarkę.

W polskim modelu gospodarczym, przedsiębiorczość sprowadziła się do rozproszenia kapitału, radykalnego ograniczenia innowacji i rozmontowania skonsolidowanego (jakkolwiek nieefektywnie) systemu przemysłowego, w którym pracownice mogły jednoczyć się, żeby walczyć o swoje interesy. System regulowanego i chronionego rynku pracy zmienił się w system samowolki, rozbitej solidarności pracowniczej i zupełnego pomieszania interesów klasowych. Z punktu widzenia rynku pracy, przedsiębiorczość była motorem ograniczania praw pracowniczych.

Na drugim biegunie mamy z kolei gromadzenie kapitału poza jakąkolwiek kontrolą społeczną w rękach oligarchicznych rodów i globalnych graczy, którzy swoje bogactwo budowali jadąc na barana na ramionach służb specjalnych i aparatu partyjnego PZPR. Dalsze umacnianie ich pozycji jest łatwe wobec braku oporu ze strony rozproszonych pracowników, którzy ze względu na prowadzenie działalności gospodarczej utożsamiają swój interes z interesem wielkiego kapitału.

Nic dla przedsiębiorców, wszystko dla ludzi skazanych na przedsiębiorczość.

Żeby zrozumieć postulowany radykalny opór przeciwko promowaniu przedsiębiorczości, trzeba spojrzeć na to, jak zaprojektowano obecny system gospodarczy, żeby premiował złe formy organizacji pracy. Dzięki możliwości preferencyjnego rozliczania kosztów, niskiej stawce podatku dochodowego, braku progresji składek na ZUS oraz różnych form bezpośredniego i pośredniego wsparcia ze strony państwa (np. jednorazowe środki na założenie działalności, uproszczona księgowość, zakładanie działalności w jeden dzień), ludzie kierując się swoim dobrze rozumianym indywidualnym interesem przenoszą swoją pracę do działalności gospodarczych. Wspomaga to promowany już od czasu edukacji podstawowej etos indywidualnej pracy, w opozycji do wspólnych działań, społeczeństwa i innych pracujących.

Godzi to w interes kolektywny – zmniejsza siłę przebicia pracowników jako ogółu, daje dodatkowe możliwości nacisku tym, którzy w drabinie przedsiębiorczości są wyżej. To z kolei sprawia, że przedsiębiorczy raj nie nadchodzi praktycznie dla nikogo, za to wszyscy pracownicy tracą. Formalną równość przedsiębiorców wobec prawa podkreśla się eufemizmami jak B2B, które miałyby sugerować, że kurier zmuszony do zakupu własnej ciężarówki jest takim samym biznesem, jak zatrudniająca go globalna firma spedycyjna. Ta fikcja równości jest w praktyce dyktaturą kapitału, która umacnia się z każdym utraconym stabilnym miejscem pracy.

A to w kolektywnym interesie jest klucz do znalezienia odpowiedzi, jak uratować ludzi, którzy zostali zmuszeni do ciułania na niby-swoim. Wsparcie nie może mieć charakteru indywidualnego, jak ma to miejsce obecnie. Konieczne jest zerwanie z ideą, że wsparcie dla pojedynczego przedsiębiorcy, który ledwo dożywa od pierwszego do pierwszego może być skuteczne w istniejącym modelu organizacji pracy. Jeśli głównym problemem jest samotność wobec brutalności rynku, to ratunkiem nie jest rzucenie każdej potrzebującej osobie po zapałce, żeby próbowała przetrwać zimną noc. Jest nim zbudowanie dla wszystkich dachu nad głową.

W dużym skrócie – obniżenie ZUSu o dwieście złotych nic nie zmieni.

Nieudana pomoc potrzebującym.

Jeśli wsparcie będzie opierało się o liberalną ideę wzmacniania indywidualnej pozycji wobec wolnego rynku, może przynieść odwrotne skutki do zamierzonych. Jaskrawym przykładem są kartki na żywność w USA. Przysługują one tym ludziom, którzy mimo pracy nie są w stanie wyżywić swoich rodzin. Idea słuszna, nikt nie powinien być głodny, ale konstrukcja systemu wsparcia sprawiła, że wielki kapitał może zatrudniać ludzi poniżej stawki głodowej. System pomocy ma indywidualny, rynkowy charakter, w ogóle nie dbając o kolektywny interes. Nie zwiększył siły pracownika wobec kapitału, tylko uczynił zatrudnianie na najgorszych warunkach bardziej opłacalnym – na pewno dla biznesu, a czasami dla samych pracowników (minimalna pensja plus kartki mogą dawać w sumie więcej niż podwyższenie dochodu).

Podobne zarzuty są wysuwane wobec niektórych koncepcji bezwarunkowego dochodu gwarantowanego – przy źle skonstruowanym systemie podatkowym, może skończyć się zmniejszeniem presji na kapitał, żeby płacił swoim pracownikom godnie i w konsekwencji zwiększyć skalę wyzysku.

Wobec tych zagrożeń, skonstruowanie systemu, który nie zwiększa atrakcyjności samozatrudnienia i dalszego rozdrabniania interesu pracowników jest wielkim wyzwaniem. Nie jest to nic zaskakującego – system w swojej istocie jest antylewicowy, więc odpowiedni program musi zakładać znalezienie wszystkich nieszczelności, ostrych rogów i próbę obudowania ich odpowiednią polityką. Nie wydaje się to być możliwe.

Ale poprawne zidentyfikowanie źródła problemów pozwoli podejść do problemu z perspektywy, która jest od samego początku spójna z lewicową myślą gospodarczą i społeczną. A źródłem jest zerwanie solidarności pracowniczej i wystawienie ludzi samych na walkę z rynkiem, ustalając ich interes tak, że muszą przede wszystkim konkurować za wszelką cenę z innymi pracownikami będącymi w identycznej pozycji i tymi, którzy jeszcze funkcjonują na regulowanym rynku pracy.

Lewicowa odpowiedź jest prosta, jeśli wychodzi z własnych wartości, a nie z bieda-realpolitik.

Jaka w takim razie powinna być odpowiedź lewicy? Lewicowy model organizacji pracy powinien opierać się z jednej strony na konsolidacji kapitału, a z drugiej – na demokratyzacji odpowiedzialności za niego. W skrócie – podstawą organizacji pracy powinny być spółdzielnie, w których pracownicy na równych warunkach odpowiadają za swoje miejsca pracy i siebie nawzajem, a nie zależą od dobrej lub złej woli tych, którzy zagarnęli kapitał do własnych kieszeni.

Zmiana nie wymaga do tego rekonstrukcji całego systemu gospodarczego i podatkowego. Wystarczy, że pójdzie tymi samymi torami, którymi promowano indywidualizację ryzyka. Żeby promować samozatrudnienie, sprawiono, że po prostu realizowało krótkoterminowy interes wszystkich stron – pracownik miał dwieście złotych w kieszeni więcej, zatrudniający niższe koszty i zero zobowiązań. Konsekwencje takiego rodzaju organizacji pracy spadły w całości na pracowników, ale były oddalone w czasie. Wszystko pod parasolem ułatwień i subsydiów ze strony państwa.

Możemy najzwyczajniej na świecie przepisać te rozwiązania, przenosząc środki i wysiłek wsparcia z przedsiębiorców na spółdzielnie. Ułatwić ich zakładanie, zaoferować im podobne wsparcie bezpośrednie i pośrednie. Korzyści odczują nie tylko sami pracownicy, którzy z modelu indywidualnego przyjmowania ryzyka znajdą się w systemie, którego korzeniami jest solidarność w ramach zakładu pracy, ale cała gospodarka, która otrzyma potężne narzędzie wspierania wzrostu produktywności i rozwoju.

W jaki sposób pomoże to we wzroście? Odpowiedzcie sobie na kilka pytań opartych o istniejące mechanizmy wsparcia.

Co pozwoli budować bardziej konkurencyjną gospodarkę – obniżenie ZUSu o dwieście złotych dla stu samozatrudnionych, czy wsparcie w wysokości dwustu czterdziesty tysięcy rocznie dla założonej przez nich spółdzielni?

Co pozwoli zbudować trwalszy byt gospodarczy? Jednorazowe wsparcie w wysokości 25 tysięcy dla dziecięciu indywidualnych bezrobotnych czy ćwierć miliona wsparcia dla spółdzielni, którą założy dziesięć osób?

Co jest efektywniejszą formą organizacji pracy – dziesięć kurierek, z których każda zajmuje się całością działalności swojego samozatrudnienia czy spółdzielnia, w której występuje podział pracy i specjalizacja?

Koncentracja kapitału w spółdzielni tworzy warunki do zwiększania produktywności, wprowadzania nowych rozwiązań organizacyjnych i technologicznych, kupowania maszyn, szkoleń personelu, certyfikacji usług i produktów. Zwiększa odporność na wstrząsy rynkowe, podwyższa standardy pracy, pozwala zmniejszyć indywidualne ryzyko, co z kolei przekłada się po prostu na lepszą pracę. Stolarz pracujący w garażu, który żyje dzięki fuchom, zmienia się w członka spółdzielni, która może zaoferować wyższej jakości usługi przy równoczesnym podniesieniu jakości warunków pracy. Dostępny staje się prawdziwy park maszynowy. Jeśli państwo będzie promowało konsolidację, opłacalna staje się współpraca, a nie konkurencja małych podmiotów wobec wielkiego kapitału.

Istnieje przy tym ogromna infrastruktura, która idealnie nadaje się do wspierania spółdzielczości – parki technologiczne, PARP, specjalne strefy ekonomiczne – wszystkie mogą zostać z łatwością przekształcone w narzędzia wsparcia spółdzielców wyłącznie dzięki zmianie prawa.

No i ostatni argument. Spółdzielnie, chociaż w swojej istocie są bytami będącymi podstawą socjalizmu, mogą funkcjonować doskonale w systemie kapitalistycznym.

Różnice kulturowe to koronny argument liberałów. Dejcie se z nim spokój.

Co do argumentu, że Polacy tak bardzo kochają przedsiębiorczość, że nigdy nie zgodzą się na odejście od niej, można spróbować z kolejnymi pytaniami.

Czy hydraulik za wszelką cenę będzie chciał założyć działalność gospodarczą, żeby wykonywać fuchy, czy po prostu wybierze tę opcję, która się opłaca?

Czy Polacy, którzy wyjeżdżają do państw o innym modelu gospodarczym i organizacji pracy podejmują tam działalność gospodarczą, jeśli opłaca się mniej niż inne formy zatrudnienia?

Czy ochroniarz zmuszony do samozatrudnienia tak bardzo zaraził się bakcylem przedsiębiorczości, że nie będzie zainteresowany powrotem na umowę o pracę?

Bo podszywanie się pod Kukiza i tak się nie uda.

Argument z realpolitik, czyli mówienie o protokole 1% czy inne formy zagłuszania wszystkich opinii, które podważają status quo jest przy całej swojej „racjonalności” argumentem z krótkowzroczności. Przedsiębiorcy różnej maści mają już swoją reprezentację polityczną, a lewica nigdy nie będzie wiarygodna w mówieniu o wsparciu dla kapitalistów – niezależnie od tego, czy mowa o wielkim kapitale czy drobnej burżuazji.

Istnieje też duże ryzyko, że działania mające ograniczyć obciążenia dla najbardziej potrzebujących osób prowadzących działalność gospodarczą, jeszcze bardziej zwiększy atrakcyjność tej formy zatrudnienia właśnie dla najbardziej potrzebujących wyrwania z epidemii samotności wobec rynku. Skala zmian, żeby ucywilizować zły system jest tytaniczna i może pogrążyć całe środowisko w jałowej i kontrproduktywnej pracy.

Ciężko pogodzić komunikaty, że większość samozatrudnionych powinna otrzymać umowę o pracę ze zwiększaniem atrakcyjności działalności gospodarczej, tworzeniem ulg, nowego systemu podatkowego. Po prostu, zawsze przegramy z Kukizem na punkty, bo jego przekaz wynika prosto z jego wartości. Nasz musi być tak zniuansowany, że sami gubimy wątek, zanim skończymy tłumaczyć, czym jest progresja.

Poza tym, jeśli mówimy, że problemem drobnych rzemieślników i usługodawców są wysokie składki i podatki, wchodzimy w narrację opozycji ludzi pracy wobec społeczeństwa, państwa i danin. Oczywiście, uzupełniamy to słusznym stwierdzeniem, że chodzi o sprawiedliwość i progresję. Ale zanim to się uda, ktoś inny kradnie puentę. „Tak, jak powiedział pan Kukiz/Petru, ale solidarniej” nie może być hasłem lewicy.

To nie realpolitik, taka politik ist kaputt.

7 myśli nt. „/pol/Lewica nie powinna mieć propozycji dla przedsiębiorców

  1. eli.wurman

    Jeśli konstruujesz swoją krytykę przedsiębiorczości na założeniu że przedsiębiorczość == kapitał to nie dziw się, że ci się nie spina.

    „Co jest efektywniejszą formą organizacji pracy – dziesięć kurierek, z których każda zajmuje się całością działalności swojego samozatrudnienia czy spółdzielnia, w której występuje podział pracy i specjalizacja?”

    Spółdzielczość to też przedsiębiorczość.

    Twoje rozumienie terminu przedsiębiorczości to zwykłe ksero z tego, jak rozumieją ją neoliberałowie.

    Jeśli wolno mi coś zasugerować – przedsiębiorczość ma swoje źródło w słowie przedsiębrać. Czyli wziąć się za coś, podjąć działanie. Może to ci umożliwi zrozumienie, dlaczego istnieje przedsiębiorczość i że jej redukcja do zysku i kapitału (oraz wywodzenie z niej form organizacji i podziału pracy oraz podziału pożytków) jest intelektualną nieuczciwością.

    Odpowiedz
      1. eli.wurman

        Mnie zawsze dziwiło, jak to jest, że w kraju, w którym tak silny jest nurt prymitywnego zaganiania ludzi do aktywności gospodarczej – dziedziny takie jak filozofia przedsiębiorczości i filozofia działalności gospodarczej leżą kompletnie nietknięte.

        Oraz: przedsiębiorczość, czyli wolność do prowadzenia takich działań, jakie jednostka uzna za potrzebne, czy to indywidualnie, czy to wspólnie (czyli np. jak partia polityczna) wprost wynika z prawa do samostanowienia.

  2. siwek

    hm, czyli przejście od neolibskiego mitu Każdy Jest Pracodawcą do Każdy Jest Pracownikiem z założeniem że charakter pracy członków Spółdzielni w magiczny sposób różnić się będzie od każdej innej formy przedsiębiorczości.

    „Zwiększa odporność na wstrząsy rynkowe, podwyższa standardy pracy, pozwala zmniejszyć indywidualne ryzyko, co z kolei przekłada się po prostu na lepszą pracę.” Szansa na rozwinięcie? Czemu sam kapitał, jeśli skupiony jest wyłącznie na pomnażaniu swoich zasobów, nie zakłada własnych form spółdzielczości jako osobnych niskooprocentowanych lokat, będących stabilniejszymi back upami wobec mniej odpornych na wstrząsy przedsiębiorstw?

    Dalej – o ile idee spółdzielczości doskonale pasują do dziewiętnastowiecznego modelu produkcii i wytwarzania prostych dóbr takich jak podstawowe AGD, o tyle na ile da się ją dopasować do high techowych rozwiązań?

    No i jak zawsze, show me your numbers. Nie myślę nawet o wykazaniu konkretnych zysków, strat etc – nie zależy mi na fetyszyzowaniu efektywności. Jedynie na kalkulacji ile czasu zajęłaby transformacja do tego modelu, jakimi kosztami społecznymi i czemu nie miałoby się to skończyć dystopią.

    Odpowiedz
    1. eli.wurman

      „Czemu sam kapitał, jeśli skupiony jest wyłącznie na pomnażaniu swoich zasobów, nie zakłada własnych form spółdzielczości jako osobnych niskooprocentowanych lokat, będących stabilniejszymi back upami wobec mniej odpornych na wstrząsy przedsiębiorstw?”

      Albo i skąd założenie, że spółka z ograniczoną odpowiedzialnością, dajmy na to, ale współzarządzana wraz z radą pracownicza będzie mniej odporna na „wstrząsy” niż spółdzielnia.

      Skąd pomysł, że w spółce akcyjnej nie można uprzywilejować akcji pracowników w sposób, który zapewni im podobny wpływ na decyzje i na podział zysków jak w spółdzielni?

      „idee spółdzielczości doskonale pasują do dziewiętnastowiecznego modelu produkcii”

      A polskie regulacje dot. spółdzielczości są takie, że osoba fizyczna nie może mieć więcej niż jednego głosu, a osoba prawna może mieć tych głosów więcej. Więc gdzie jest tu faktyczna równość członków spółdzielni?

      Odpowiedz
  3. eli.wurman

    „Spółdzielnie, chociaż w swojej istocie są bytami będącymi podstawą socjalizmu, mogą funkcjonować doskonale w systemie kapitalistycznym.”

    Każdy rodzaj przedsiębiorstwa albo aktywności społecznej, którego działalność się co najmniej bilansuje może doskonale funkcjonować w systemie kapitalistycznym.

    No i co z tego.

    „Istnieje przy tym ogromna infrastruktura, która idealnie nadaje się do wspierania spółdzielczości – parki technologiczne, PARP, specjalne strefy ekonomiczne – wszystkie mogą zostać z łatwością przekształcone w narzędzia wsparcia spółdzielców wyłącznie dzięki zmianie prawa.”

    Rozumiem, że użycie sse do nadania spółdzielniom preferencji to jest „klucz do znalezienia odpowiedzi, jak uratować ludzi, którzy zostali zmuszeni do ciułania na niby-swoim” i że to „wsparcie nie” ma „charakteru indywidualnego, jak ma to miejsce obecnie.”

    I że w ten sposób zrywamy „z ideą, że wsparcie dla pojedynczego przedsiębiorcy, który ledwo dożywa od pierwszego do pierwszego może być skuteczne w istniejącym modelu organizacji pracy.”

    Odpowiedz

Dodaj komentarz